Karolina Lukaszewicz

Utwórz swoją wizytówkę
czwartek, 05 lipca 2012
Pamiętnik pisany przeszłością-Albania-Kruja.

Przed jedenastą w Kruji na głównym placu miasteczka był już gwar ludzi, wyglądało to jakby na coś czekali, furgony podjeżdżały, ludzie wysiadali i wsiadali, a wszyscy ci na chodnikach, ulicach i kawiarniach trwali jakby w bezruchu, w innym świecie, nie w innej historii. To tutaj wszystko się zaczęło od narodzin po walki z tureckim najeźdźcą. Nijaki Skanderbeg nadal króluje na swym ogierze, u stóp skalistych gór w Kruji, na głównym placu Tirany, czy w Skopje. Jerzy Kastriota jakbyśmy go nazwali w Polsce, jest wszędzie tam gdzie jego albański naród.

Więc Kruja sprawiała wrażenie jakby zastygłej w czasach dawnego bohatera, byli ludzie, ale nie zaganiani, były kury, indyki zaganiane na ulicach, nawet byrek było ciężko znaleźć. Lutowe słońce było jasne i iskrzące, oświetlało góry, wyglądały jakby za mgłą, nawet ruiny zamku wydawały się bardzo daleko. Biały mineret meczetu odbijał się i wybijał ponad bazarem. Brukowane uliczki i czerwone dachy wyrastały z dawnej osmańskiej ziemi. Kilimy, miecze, szale, naczynia, wełniane skarpetki, drewniane rzeźbione kołyski oferowano na sprzedaż zachęcając co raz „Look for something”, to nie był sezon na zarobek. Przechadzał się starszy dziadek z laską, zawsze zachwyca mnie to tutaj, że tyle starszych osób jest tutaj naprawdę eleganckich.



 

Droga prowadziła na zamek...W domach cytadeli nadal mieszkają ludzie, można nawet podejrzeć jak mieszkali 100 lat temu... Weszłam przez drewnianą bramę, nie było nikogo, ale znaki wyraźnie informowały, że to tutaj, weszłam do jednego z pomieszczeń, ekspozycja z naczyń, sprzętu rolniczego mówiła, że tu kiedyś się pracowało. Przybiegł elegancki Pan, który powiedział, że trzeba zapłacić 300 lek i zaczął mi opowiadać... „To była jedna z najbogatszych rodzin w Albanii, zwali się Toptani... to było pomieszczenie tylko dla kobiet,a tamto tylko dla mężczyzn, kobiety przez te okienka na górze podawały im tylko jedzenie, tak kiedyś było, nie tylko w rodzinach muzułmańskich...a ta suknia ślubna pokryta jest złotem i srebrem zobacz jaka piękna... ten strój pochodzi z północnej Albanii, stój chrześcijanki- waży 20kg, ale muzułmański też nie miały lepiej, musiały zawijać się w 12m materiału, zajmowało im to wiele czasu...” i opowieść trwała i trwała... Na koniec zapytałam o świątynie Bektaszytów- tam na górze, w górach, i o możliwość noclegu... niby było to nie możliwością, ale na pocieszenie przewodnik wskazał drugą – 2 minuty stąd w dół. Poszłyśmy w górę...

 

 

 

Jedni mówili, że droga zajmie 30 min, drudzy, że spokojnym krokiem 1h. Co tu ukrywać bez kondycji z plecakiem, w którym ekwipunek typu śpiwór, ubrania i inne niezbedne rzeczy nie jest łatwo, a najgorsze było to, że nie byłam przygotowana psychicznie. Góra nie była wysoka, ścieżka czasem ala schody szła trawersem, nie wiem ile było zakrętów, ale pod koniec przerwę robiłam co kilkanaście kroków. Nie leciały żadne „ku..” i „pieprz..”, bo oddychać było ciężko. Na górze była bektaszycka tekka i to ona była motywacją, motywacją było też to, że w połowie drogi nie chciałabym zawracać i wracać tą samą drogą. Marta była z przodu, zazdrościłam jej tego codziennego biegania i małego plecaka, ale ja zawsze jestem przezorna i muszę mieć wszystko co nie zbędne tym bardziej, że niewidomo czy czasem nie spotka nas noc od chmurką, a nawet w Albanii w lutym nie jest tak ciepło. Więc szłam, co chwilę się zatrzymywałam, patrzałam ile jeszcze, zdejmowałam z siebie kolejne warstwy, zaczynając od kalesonów, kończąc po lekkiej koszuli na długi rękaw. Pod koniec na zasłoniętych stokach, leżał śnieg, było trochę ślisko, szczególnie na gumowe półbuty trekingowe, ale się udało.

 

 



Kolorem Bektaszi jest zielony, więc nie dziwi to, że ściany naszego małego pomieszczenie gdzie miałyśmy spać były zielone. Dwa niziutkie łóżka, kominek i wiele nieokreślonych rzeczy wszędzie sprawiało wrażenie bezładu i jakiejś bezradności, niemniej jednak nam to nie przeszkadzało. Kominek był okopcony, stały na nim zdjęcia duchowych przywódców i radio, na stoliku stały malutkie filiżanki do kawy, butle gazowe i woda ze strumienia w butelkach po coli. Złoty zegar na ścianie i wełniane czapki dodawały pomieszczeniu rustykakalizmu, było wiele figurek, u nas określanych jako tandetne. Książki na szafce w iście bektaszyckiej postaci „Testamenti Bektaszian”... w muzułmańskim kalendarzyku wyczytałam godziny modlitw, np. jutro 6 lutego, należy pomodlić się należy o 6;44, i kolejno 12;03, 14;42, 17;06, 18:30, . Każdy dzień miał inne godziny, aczkolwiek były to małe zmiany najczęściej o minute od dnia poprzedniego. Niektóre dni były w kółeczkach i tak 14 luty, a informacja na dole strony mówiła „(e hene) Ditelindja e Progetit Mohammet a.s.”-cokolwiek to by nie znaczyło...



Więcej zdjęć z Kruji tutaj

piątek, 04 maja 2012
2011/2012

Dziś zbiegły mi  się wszystkie myśli z ostatniego roku, niestety przyszły tylko te negatywne. Chodź często tak nie mam to w końcu miały prawo przyjść bo w przeciągu ostatniego roku nie było tak cudownie jak ostatnimi laty. I nie pisze tego dlatego, żeby się wyżalić, ale po to, żaby uświadomić wszystkim, że nie tylko “My” mamy złe dni, tygodnie, a czasem nawet troszkę pechowe lata.
Chociaż ja ostatni rok nie uważam za pechowy, bo wydarzyło się w nim wiele cudownych rzeczy to muszę przyznać, że dał mi “lekko” po dupie... I dziś zeszły mi się te wszystkie myśli... okradziona z aparatu wartego jak dla mnie bardzo wiele, dokumentów, kasy itd., przebywająca długi czas w środowisku nie koniecznie dobrze dla mnie wpływającym, wręcz powiedziałabym dołującym, użerać się musiałam czasem z głupotą i bezsilnością- co jest na pewno wykańczające. W tym roku zawiodłam się nie raz  na osobach, o których myślałam, że mogę liczyć- jak się okazało chyba zdrowiej nie wierzyć w takie przeświadczenia, bo można bardzo odchorować. 
Co najgorsze wszystko to się zbiegało, nie przychodziło jedno po drugim, kiedy “już o czymś zapomniałam”, tylko jedno mieszało się  z drugim. Chyba każdy zna to uczucie, kiedy kilka problemów uderza na nas z dnia na dzień? Ledwo  co ogarnęłam się z “ciężkich wspomnień “ ostatnich miesięcy, zachorowała moja sunia- umierała mi na rękach przez 4 godziny. Z październikiem przyszły studia- jedno wielkie rozczarowanie- ale na polskich uczelniach to nie nowość- więc to pomijam. Ze studiami przyszedł czas wolny, który trzeba było wykorzystać na pracę, i tu kolejny raz się przekonałam, że nie warto się angażować, wczuwać itp... bo albo Ci nie zapłacą albo będziesz musiał zdzierać nerwy za kilka marnych złotych...
Podkreślę to jeszcze raz, nie pisze tego w formie żalu, ani po to, żeby zaraz usłyszeć “ciesz się, że nie jesteś chora, nie miałaś wypadku itd.” bo  doskonale wiem, o tym, że nie jest to jakaś tragedia życiowa... ale chciałam zwrócić uwagę, na to, że często sobie tak myślimy “stało się to i to złego, tu mnie ktoś zawiódł, tam oszukał” tylko mnie to dotyka, nie jest tak? Generalnie jak się dzieje coś w naszym życiu nie po naszej drodze, to mamy wrażenie, że tylko w naszym życiu się tak źle dzieje, prawda? Nie dopuszczajmy do siebie takich myśli, im dłużej będziemy sądzić, że za dużo złych rzeczy nas dotyka, że spotykają nas same problemy, tym częściej niestety będzie to do nas przychodziło...słyszeliście o prawie przyciągania, to właśnie tak działa.
Dlatego ja z tymi dzisiejszymi złymi myślami usiadłam, puściłam im muzykę.... 

 




....kolejną



....i kazałam im się zamknąć! Siedziałam i myślałam, o tym co mnie spotkało dobrego w ostatnim roku, a potem wybaczyłam wszystkim tym, na których się zawiodłam, wybaczyłam tym, wszystkim tym którzy swoim cynizmem zaszli mi za skórę, którzy nie zapłacili mi za moją pracę...
Wszystko to, aby zapomnieć, o wszystkim tym negatywnym co mnie spotkało ....i już nigdy nie mieć poczucia tego, że ostatni rok był kiepski... bo zrozumcie, nawet jak był najgorszy to można skierować myśli na inny pozytywny tor...a gdy już myślisz pozytywnie to wszystko co pozytywne zaczyna do Ciebie lgnąć, bo ....myśli stają się rzeczami... I pomyślcie sobie, że dziś jest początek Waszego nowego życia.


niedziela, 29 kwietnia 2012
XXXIII Pomerania-Spring 2012

Fotorelacja...

 

 

 

 

 

 

 

more photos here

and here

info www.njz.pl

 

niedziela, 29 stycznia 2012
Szkolenie przedmedyczne z Land Rover Club Poland.

Jedno zdjęcie, na dodatek strzelone na chybił trafił. Podsumowując mega interesujące szkolenie, do tego stopnia że udokumentowaniem jego jest wiedza, a nie zdjęcia;)

 

czwartek, 17 listopada 2011
Podsumowanie European Voluntary Service

To już ostatni moment na oficjalne podziękowania.

Serdecznie dziękuje Marcinowi Lićwince, to dzięki Niemu projekt powstał i miał prawo bytu.

Serdecznie dziękuje Ks. Markowi Grynowi za gościnność na Misji.

Serdecznie dziękuje Jakubowi Fic za wsparcie projektu ze strony mentorskiej.

Serdecznie dziękuję Krzysztofowi Kiziewiczowi, który stworzył poniższy filmik.

Dziękuje za wspaniałą współpracę i niezapomniane chwile.

Serdecznie dziękuje za wszystko swoim rodzicom, bez ich wsparcia pewnie tyle bym nie przetrwała.

Dziękuje tym, którzy śledzili moje poczynania:)

 

 

 

Autor: Krzysztof Kiziewicz

Warto zobaczyć jakie klipy kręci Krzysztof www.kiziewicz.com

21:49, karolinajoanna88 , Albania
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 października 2011
XXXII Pomerania- Fotorelacja

 

 

 

 

more pictures here

info here

 

niedziela, 03 lipca 2011
Najstarszy zawód świata, stara koga i ja starsza o 365 dni!

"To była psia wachta 00.00-4.00 zimno, ciemno, piździło...każdy tylko myślał jak tu zwiać pod pokład, nie udawało się, trzeba było patrzeć na zielono-czerwone punkciki. Jak sie długo stało i patrzyło, wyobraźnia brała górą.... fale mieszaja się z horyzontem, właściwie wszędzie czerń i głębia morza, a tam na dnie morza, może okręt jakis leży? Ja ciągle jak te dziecko, bajki, bajki, bajki, a przecież dziś kończę 22 lata! Baloniki, chopinowskie gadżety i sto lat były już na psiej wachcie, która odrazu okazała się milsza. W przytulnej kajucie o 4.00 rano był kieliszek Agatkowej nalewki..a rano był Kiel. "

A wyobraźnia znów zadziałała gdy na horyzoncie pojawił się mały stateczek, taki jaki często widać na starych monetach czy rycinach. to była koga.Jak się dowiedziałam  średniowieczny żaglowiec handlowy.Kiler Hansekogge. Stara koga, a właściwie nowa, bo replika, a miała udawać starą. Zaczełam mysleć, czy ja jestem już bardziej stara, czy nowa? Doszłam do wniosku, że jestem jak ta koga, co ni to stara, ni to młoda. Tyle miałam wspólnego z Kilonią ,a można mieć więcej z nią wspólnego, bo miasto to bardzo dba o kultywowanie kultury i  tradycji. Najstarszy zawód świata ma tu branie...

 

fot.Michał Suwaliński -swoje zgubiłam:P

Zatem swoje urodziny spędziłam w burdelu, może nie dosłownie, ale jednak. Malowidła porozbieranych Pań na  ścianach są tu na każdym kroku, zresztą co tu się dziwić przecież to jeden z większych portów w Niemczech...ale chyba nikt tu nie pamięta o wikińskich korzeniach czy trzynastowiecznym kościele, bo zreszta jak na to miasto przystało, obok niego tez jest burdel... i nigdy przenigdy bym nie zapamietała tego ochydnego miasta, gdybym nie spędziła tam zeszłorocznych urodzin...

 

* z mojego pamiętnika Chopin.Polska. The course-Kiel  01.07.2010



22:46, karolinajoanna88
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 czerwca 2011
Obrazy z Kosowa.

Moje zdjęcia z Kosowa.Kwiecień 2011.

Tagi: kosowo
15:49, karolinajoanna88 , Bałkany
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 20 czerwca 2011
Jaraj się Polską -II etap! jeee!

Więc zakwalifikowałam się do II etapu "Czy jarasz się Polską?" info tutaj

Zadaniem konkursowym było napisanie opowiadania-wyprawa do supermarketu, posłuchajcie o mojej wyprawie...

 

Loonly Palmet przedstawia z cyklu “ Hipermarketowe peregrynacje” cz. I -“W 365 półek dookoła Tesko”.


Dwie jakby płyty litosfery, a może to jakby płyty drzwi o imieniu Tesko, swoja droga kto nadaje imię drzwiom, ścierały się...Do siebie i od siebie i do siebie znów, ale widziałam na filmach jak wielcy podróżnicy nie raz pokonują takie przeciwności losu. Żadna z płyt czy to Afrykańska czy Indoaustralijska (chociaż jesteśmy na planecie co nazywa sie Tesko, nie znana Wam? Mi tez.. jeszcze nie) mnie nie przygniotła. Dodało mi to otuchy i uwierzyłam w swoje siły. Świat który okazał sie moim ślepiom powalił mnie na wózek- co to się nazywa towarowy...takie środka lokomocji nigdy nie używałam i co prawda nie mam na niego prawa jazdy, ale szaleć na wakacjach należy beztrosko.

Bulgotały niczym lawą, żarły niczym gorącą lawą...wulkany... kratery ich małe ale z groźnym napisem “Miliony bakterii zginą”...a nazwa wulkanu? Domestos, obleciały mnie ciarki po plecach..a właściwie to chyba popiół wulkaniczny zeżarł mi moją nową ultranowoczesna goratexowo-membranow kurtałkę, która miała być odporna na wszystko. No cóż jak przeżyję tą wyprawę to oddam do reklamacji. Z wyżyn bezpieczniej było się przenieść w depresję, tu przynajmniej wicher mnie nie zwieje,a wichry tu panują, takie wielkie, białe, co są na górze robią wiatr, widział ktokolwiek coś takiego kiedyś? Toż to sama Michałowa ręce z niewiedzy rozkłada... ale co do tej depresji to, okazało się, że nie największą depresją polaków jest polski rząd, a ceny co to panują na tej planecie. Przecież z tej depresji to zaraz jakiś rów oceaniczny wyrośnie, albo co najmniej do Chińczyków sie dokopiemy...ach nie ma co tłumaczyć, przecież to jednak z rządem musi być związane.

Nie dość, że idę po wypastowanym lodowcu, to jeszcze muszę omijać napierające fałdy ziemi.. .oh nie to fałdy ludzkie, jeszcze gorzej. Jak sobie poradzić w tak tragicznej sytuacji nawet Pan Jacek Pałkiewicz nie napisał w żadnym podręczniku, a może nie doczytałam? Otwieram i kartkuję... Jakiś nieznajomy w dziwnym języku ale nawet zrozumiałym pyta :”Kur... co..ty..ku...książkę czytasz...kur...” myślę sobie o jaką kurę chodzi i znikam z tego bagna, bo może jakąś grypą się zarażę od owej kury, albo jeszcze mnie te bagno wciągnie. Patrzy się na mnie Turek, choć jest śmietankowy i cały biały, to Turek, hmmm a potem Kubuś, ten z kolei pomarańczowy. Hmm I czekoladowy Grzesiek hmm...przecież to raj dla kobiet! Krzyczę... i zostaję, bo ja to na wakacjach szukam męża, a nie przygód:)

 



fot. przystojny Pan fotograf z castingu Otowakacje.pl :) haha -tak się bawiliśmy:)

środa, 04 maja 2011
Pomerania oczami Pani Marshal.

 Spojrzałam na stronkę Norberta, zakładka Pomerania, dzień 10 kwietnia- wolnych miejsc- 0, szczególnie mnie to nie zadziwiło, ale ile sie nasłuchałam wcześniej, ze będzie mniej załóg (czyt. barłóg), że prom Duńczykom zlikwidowali i że będzie mniej załóg...na szczęście dowódców słucha sie wybiorczo.

Zatem 29 kwietnia o 5.50 gdy wstawało piękne słońce, a ja podążałam w kierunku Zbrojewa zastanawiałam się ile ich przybędzie, przybyły wszystkie, a nawet jedna nadprogramowa- stali bywalcy- zostalo im wybaczone i również wyruszyli na trasę. Co ciekawe przed startem na trasę, nie wiem jakim cudem ktoś się nawet popsuł.

Piaskowy bród już od rana był zakurzony i nasłoneczniony, roadbook'i wydawane na drawskiej Saharze początkowo się nie zgadzały, ale Krzysztof i Sebastian podołali... dopisali do kratki nr 4, zagubiona jedynkę, robiącą z 80 metrów 180...

 

 

 W tym roku gwiazdka na poligonie drawskim wypadła w okresie majówki, Norbert jak zwykle szczodry zafundował swoim “dzieciom w piasku” nie lada prezent. Pudełko było długie, ale dość wąskie, a w nim ukryty był ogromny potencjał -punkty, pod warunkiem, że pudło nie zostało uszkodzone, a uczestnicywykonywali zadania. Miny zdziwienia i uśmiechu zaskakiwały mnie przy wręczaniu owego pudła razem z roadbook' iem, jedni od razu kombinowali gdzie kupić nowe, nie ukrywam, że “koledzy” z Polski, inni chcieli odkupić od nas kolejne pudło “na zapas”, także nie ukrywam, że “koledzy” z Polski, inni spokojnie pakowali je w czarne worki, nie ukrywam, że nie byli to “koledzy” z Polski, a Duńczycy. Czasem słyszałam, że oni mogą nawet kilka pudełek zabrać “na zapas -innym”, to ja w tedy robiłam duże oczy, pokazywali wtedy czym przyjechali...czymś długim, bardzo, ala Pinzgauer lub inny wagon na dużych kółkach.

Wydawanie roadbook' ów umijali uczestnicy, usłyszałam na przykład, że mam zadzwonić, że mam zadzwonić do uczestników, do Norberta, że tam jest tyyyyle błota, że się nie da przejechać:)

Nie ukrywam, że próby korupcji też sie pojawiały, panowie z Norwegii oferowali jajka .. mieli ich aż zanadto w zapasie...

 Kiedy tak powtarzałam w kółko turystyczna, adventure, pudełko, good luck... otaczały mnie już zadania specjalne, jazda bez lewej nogi, jazda bez oczu, transport ładunku na noszach. Szczególnie to ostatnie nie cieszyło sie powodzeniem, cóż Karol o jakość Pomeranii dba mocno, 2 worki wypchane piachem to za mało, niech będą 3 albo nawet 4.

Zaginionych 20 aut na trasie, gdzieś na dystansie 20km, w przeciągu ostatnich 6h godzin, chyba trzeba zgub poszukać mówi Prezes... po drodze trafiamy na zagrzebana Elsebeth i Johna z nr 1 na swojej Landrynie. Z pogaduszek przy kawie i domowym cieście Elsebeth- wychodzi, że bywają oni na Pomerani już od 15 lat. W standardzie, bez wyciągarki, bez GPSa, z dużym bagażem życia i jeszcze większym optymizmem, załoga ta jest dla nas załogą numer 1.

Wstyd mi przyznać, ale najbardziej marudni byli sędziowie i wcale nam sie nie dziwie, ile można czekać na uczestników, 2h, 3h, 6h, jeden dzień, dzień i noc, albo i dłużej... co po niektórzy szukali sobie innych zajęć jak Rafał- sułtan wśród sędzinek płci pięknej budował swoja sułtankę i zarządzał ... Stasiu jak to bywa wyśmienicie grillował i nas dokarmiał, podkreślam jednak, że to nie jest reklama na przyszłą Pomeranię, nie jest dozwolony zjazd ze swojego punktu w celu udania sie na obiad do Stasia! Arek robił sesję zdjęciową płazom, Grzegorz szukał niewypałów, a Norbert bawił sie w sapera, Ewa z Asią konstruowały ławkę, Szymon obmyślał jak tu zdjąć zderzak ze swojej Laguny i wyjechać w trasę, Bartek hmm Bartek -spał, podobnie jak Sebastian z kolegą, tzn. no osobno spali :) a ja? Ja to w zasadzie od punktu do punktu, od kawy do kawy, od kawy do ... no nie bede kończyć...bo mi kto fuchę zabierze:P

 

ufff więcej sędziów nie pamiętam, za wszystkie grzechy żałuję, albo inaczej innych sędziów widziałam tylko przy pracy. Piotrek, Wojtek i Dorota od rana byli zalatani, patrząc na lewe nogi, i wyczuwając przepalone sprzęgła na OS-ach, wydając roadbook'i i wręczając pudła. Mirek miał ciężkie godzinne zadanie tłumacząc jednej załodze, że maja jechać w lewo, posłuchali dopiero ... wiecie kogo:)

A uczestnicy?

 Rozleniwieni na łąkach spali i pili kawę, czasem zdarzało się, że gubili roadbook' i, tracili koła, wyciągarki, przewracali swoje samochody na drugi bok i to nie w celach odpoczynku, chodząc po moście lądowali w rzece, robili 30 minutowa resuscytację z podręcznikiem pierwszej pomocy, byli straszeni w ciemnych tunelach przez jednego z sędziów i szukali “Don Kichota”, ponadto trzeba dodać, że atrakcji dodawały wybuchy na poligonie.

 Najbardziej zawzięte załogi to 18 i 74. Marsz przez bagno, załoga Krzysztofa i Sebastiana oraz Arka, Czarka i Sebastiana, czasy po 19 minut i związany z tym problem dla chłopaków brak pomiaru sekundowego.

Najbardziej dzielną zawodniczką była Niemka, która zadanie wodno- przełajowe robiła w butach tzw. krokodylkach oklejonych taśmą...

 

P.S. Jasne jest to, że wszystko z tej relacji jest jasne tylko dla mnie , ale może wy znajdziecie w niej także swój kawałek Pomeranii.

wiecej moich  zdjęć tutaj 

wiecej info o Pomeranii tutaj

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10