Karolina Lukaszewicz

Utwórz swoją wizytówkę
piątek, 08 lutego 2008
LAOS

     

 

       

 

                                    

 

    

   

 


 

Tagi: laos
12:55, karolinajoanna88 , Laos
Link Dodaj komentarz »
Podróż z “głupia frant” czyli moja włóczęga po zakątkach Azji.

Moje pierwsze zderzenie z turystyką “kwalifikowaną”, jak chcą jedni lub “aktywną” jak chcą inni nastąpiło stosunkowo nie tak dawno temu. Gdzieś w okolicach moich 16 urodzin założyłam drużynę starszo-harcerską. Miałam nadzieję, ze da się zrobić kilka fajnych “rzeczy”. Niestety jak się okazało - harcerstwo w dzisiejszych czasach to coś zupełnie innego niż to z opowieści z dawnych lat kiedy to na obozach za całą kuchnie starczył kociołek i menażka, a spało się na własnoręcznie kleconych pryczach. Kiedy to do lasu szło się z kompasem i sucha bułka a nie parami i z opiekunką po parkowych alejkach.

Zamiast “sanepidów” i książek pracy drużyny była po prostu przygoda. Tak więc, w realizacji moich zamierzeń, ciągle na przeszkodzie stawały jakieś regulaminy, kodeksy, zakazy. Tego nie wolno, to nie wskazane, tamto niebezpieczne..., a na wszystko po prostu na dodatek nie było kasy.

Cała ta sytuacja doprowadziła mnie do miejsca w którym postanowiłam szukać innych rozwiązań.

Wiedziałam skądinąd /wszak trudno przegapić stada ubłoconych terenówek i mocno steranych i jeszcze mocniej ubłoconych ludzi/ , że w pobliżu mojej miejscowości działa stowarzyszenie Land Rover Club Poland. Nawiązałam z nimi kontakt i udało się.

W ramach działań stowarzyszenia rozpoczęliśmy współprace “na linii”, stowarzyszenie - drużyna.

Nocne marsze na orientacje, przeprawy przez rzeki i bagna, techniki linowe.

Słowem mogliśmy spróbować wszystkiego czego brakowało mi, jako możliwości w harcerstwie.

Moja przygoda harcersko – Land Rover`owa z czasem przerodziła się w “prace” w stowarzyszeniu. Obecnie aktywnie działam w czasie przygotowań do kolejnych edycji Pomeranii. W czasie samej imprezy sędziuję lub zabezpieczam zadania specjalne lub os-y.

Staram się każda wolną chwilę spędzać w terenie.

Łazimy po bagnach, szukamy zapomnianych przez ludzi miejsc, wędrujemy korytami rzek, rozpinamy mosty linowe, czasami budujemy z bali przeprawy dla samochodów. Słowem na własnej skórze mam okazję wypróbować wszystko to, czego później mogą dokonać uczestnicy Pomeranii.

Myślę, że wsiąkłam i - że tak już to zostanie.

Nie o tym jednak miała być ta opowieść...

 

Wylatując do Wietnamu nie miałam żadnych planów, nie myślałam nawet poważnie o tym, aby wyruszyć gdzieś dalej. Wszystko to stało się tam na miejscu, nawet teraz nie pojmuję jak. W Azji spędziłam 3 miesiące, z czego miesiąc przeznaczyłam na podróż właśnie przez Wietnam, Kambodże, Tajlandie i Laos.

Większą cześć podróży przebyłam sama, tylko pierwsze przez kilka dni towarzyszył mi kuzyn. Przez całą trasę poruszałam się autobusami, co zresztą na początku przysparzało dużo nerwów, a potem już tylko śmiechu... Spóźnienie autobusu o godzinę, potem jeszcze układanie bagaży pomiędzy siedzeniami, czy przywiązywanie na dachu no i naprawianie klimatyzacji. Nawet największy nerwus nabawi się tam stoickiego spokoju. Bowiem tak właśnie podchodzą do życia azjaci, bez stresowo, bez pośpiechu i ciesząc się teraźniejszością. Dlatego celowo w podroży towarzyszyła mi książka “ Czyste radości mojego życia..” -pozwalająca mi zrozumieć istotę czerpania radości życia ze zwykłych czynności, spokoju, szanowania powolności upływu czasu i tego co nas otacza.

Pamiętnik z mojej podróży jest “gruby”, stanowczo za gruby by choć w części go tu przytaczać. Trudno dokonać wyboru gdy wszystko miało swój smak.

Za dwadzieścia lat będziesz bardziej żałowała tego, czego nie zrobiłaś, niż tego co zrobiłaś...

...powtarzałam nieustannie w myślach ubierając kombinezon. Pierwsze moje zderzenie z nurkowaniem było co najmniej dziwne, padał deszcz, wiał wiatr, co na to na porę roku w Wietnamie jest mało spotykane, a instruktor ledwo co znał angielski -z francuskiego tłumaczyły mi zapoznane Szwedki. Butla była ciężka, w płetwach czułam się jak żaba, a zanim znalazłam się w wodzie maska już zaparowała...

Krok w przód i jesteś w wodzie, nie machasz rękami, a nie toniesz, starasz się oddychać spokojnie ale to prawie nie możliwe, dopiero po kilku chwilach człowiek zaczyna rozumieć o co w tym wszystkim chodzi.

W morskie głębiny schodzisz z przewodnikiem, nie raz ciągnie cię za rękę, aby coś pokazać , drugi raz dostajesz po łapach gdy chcesz coś dotknąć. Falujące rafy, kolorowe rybki i ogromne muszle...Nha Trang to prawdopodobnie jedno z lepszych miejsc do nurkowania w Wietnamie, przynajmniej tak utrzymują tubylcy co może oznaczać: świętą prawdę jak i może być “normalnym” chwytem marketingowym.

Widząc takie widoki, człowiek szybko zapomina o wcześniejszym strachu, o przeszkadzającym ciśnieniu, a kiedy mija godzina i zaczyna brakować powietrza, żałuje, że już koniec.

 

 

 

Śpię w kambodżańskim bungalowie, o 4 budzi mnie śpiew mnichów, jakby wiedzieli, że ja też już muszę wstawać , ruszać i odkrywać ...Angkor Wat.

Wilgotny las, żar słońca, parne powietrze i ruiny pamiętające dawnych przodków. Wrastająca dżungla, wciskająca się w każdy zakamarek, opasająca dawna historię, jakby chciała ukryć przed nami jakąś tajemnicę...wszechobecna magiczna aura.

Codzienna pobudka o 4 rano, kilka litrów wody i w drogę, aby móc zobaczyć wschód słońca w otoczeniu enigmatycznych świątyń. Kilometr za kilometrem, poranna mgła budziła, południowe słońce usypiało, chęć odkrycia przewyższała wszystko.

Jadę szeroka drogą po prawej i lewej parujący las, do pierwszej ze świątyń 10 km.

Słychać tylko odgłosy lasu i szum opon pokonujących dalsze kilometry. Co raz przy drodze siedzi kobieta, najczęściej z dzieckiem w koszyku, chcąc zarobić sprzedaje owoce i wodę. Co raz mijają mnie turyści w tuk-tukach /riksza z motorkiem/, oni zobaczą tylko to co będzie chciał im pokazać przewodnik, myślę sobie. Ja zobaczę to na co sama będę miała ochotę no i na ile będę miała sił. Pedałuje, kilometry mijają wolno, pot leci szybko, tak jak i woda znika.

Nie pamiętam już dokładnie które świątynie odwiedziłam, w tym momencie jest mało istotne, ale nadal pamiętam zdumienie i podziw w momencie gdy na horyzoncie pojawiała się nowa budowla... na jej szczyt prowadziły popękane, prawie już skośne schody, wdrapać się na gore nie było łatwo, już wiem czemu tutaj nie ma “hotelowych” turystów pomyślałam. W małym pomieszczeniu na ścianach widniały kamienne rzeźby bóstw, stały kadzidła, wokół panowała głucha cisza.

Chcąc dojechać do następnych świątyń, mijałam wiele wiosek, kobiety w nich układały dachy z liści, gotowały, dzieci pilnowały bydła, a gdy pojawił się jakiś turysta namawiały do kupna szali, zabawek, czy coca-coli.

Ludzie często machali, uśmiechali się, mimo, że podróżowałam sama tak naprawdę nigdy nie czułam się samotna.

 

W szponach cywilizacji... Bangkok

Bangkok -miasto, które na noc przemienia się w jedną wielką imprezę - ulice rozrywki i rozpusty- pełne barów, restauracji i stoisk z souvenirami. Kupisz tam zupełnie wszystko, od półmetrowej zapalniczki do kopii bluzek Armaniego. Tubylców nie dziwi, lalka - upiór skapana krwią w sklepie dla dzieci, nie przeszkadzają ludzie śpiący na ulicy.

Wieczorem ujrzysz kobiety w brokacie, poobwieszane biżuteria i w butach na obcasach, a jeżeli czasem doznasz wrażenia, że to mężczyzna, wierz mi, że się nie mylisz.

Po długiej balangowej nocy, nastaje dzień, na ulicach kłębią się spaliny, promienie słońca odbijają się w ogromnych szybach wieżowców...szkoda, że nic pozytywnego nie mogę napisać o Bangkoku...oby jak najszybciej do Laosu.

 

W świątyni mnichów...

Stroma, kręcona droga, wzdłuż niej rozsiane domy z pali, przed nimi, kobiety robiące pranie, sprzedające warzywa, bawiące się dzieci. Ponadto buddyjscy mnisi ...ciągle jeszcze “dziki“ i nieznany Laos.

... szłam wolno długim targiem, kobiety handlowały owocami, herbatami, porozwieszanym na drutach mięsem, zaczepiały, wołały -przyśpieszyłam, nie dlatego, że nie chciałam nic kupić, ale dlatego, że usłyszałam dźwięk, który mnie nawoływał. Dochodził z pagody, mijałam ją codziennie, nigdy jednak nie byłam w środku, pewnie dlatego, że widziałam ich wiele, po prostu miałam dosyć. Stanęłam przy wejściu, mnisi w szafranowych szatach, uderzali w wielki drewniany bęben zawieszony w małym pomieszczeniu. Echo dźwięku rozchodziło się na całą okolice, stałam wmurowana i nie chciałabym aby ten dźwięk kiedykolwiek dobiegł końca. To co dla innych było normalnością mnie urzekło do granic.

Zapadła cisza, mnisi wyszli, ku moim zdziwieniu kilku skierowało się w moją stronę. Rozmowa trwała krótko, śpieszyli się na wieczorne śpiewanie mantr, zostałam zaproszona.

Przy wejściu do świątyni zdjęłam buty, usiadłam z tyłu z nogami skierowanymi do drzwi, tak nakazują zasady.

Czas sunął w miękkiej ciszy, do momentu kiedy do świątyni wszedł ostatni, wtedy rozbrzmiał śpiew. Donośne głosy , kadzidła, złoty posąg buddy przystrojony migającymi lampkami i obstawiony darami, mnisi w pomarańczowych szatach co raz kłaniający się swojemu bóstwu, wszystko napajało tajemnicą i egzotyką. Znów powróciło uczucie chęci pozostania tu na dłużej.

Potem już cały wieczór spędziłam na terenie świątyni, zobaczyłam jak żyją na co dzień, a także opowiedziałam o sobie.

Rano podczas codziennej procesji mnichów po dary, a dokładnie garstkę ryżu, próbowałam uchwycić swoich znajomych, było to prawie nie możliwe, te same szaty, zgolone głowy i wzrok wpatrzony w miskę...

 

Wspomnienia tej podróży powracają bardzo często, mam nadzieję jeszcze kiedyś odwiedzić ten “kawałek” Azji.

Nie będzie to na pewno w 2008, ten rok rezerwuje na wyprawę z LRC PL w lipcu na Kaukaz do “stóp” Elbrusu, oraz w sierpniu na włóczęgę po górach Rumunii w mieszanym polsko, niemiecko, angielskim towarzystwie.

 

Karolina Łukaszewicz

Więcej o moich podróżach: www.peregrynacje.blox.pl

Więcej o LRC PL na: www.njz.pl

 

eioba