Karolina Lukaszewicz

Utwórz swoją wizytówkę
poniedziałek, 30 sierpnia 2010
Twierdza zamurowanej Rosaphy.

 Do Shkodry jedziemy fugonem, to taki albański busik, nie ważne w jakim stanie i nie ważne jak prowadzony. Fugon rusza najczęściej gdy jest cały pełen, chodź czasem zdarza się, że wyjeżdżam z 1-2 miejscami wolnymi, ale wtedy zatrzymuje się w przy „podejrzanych” osobnikach, którzy może zechcą zabrać się w podróż.

Podczas tej podróży znajduję kolejne podobieństwo Albanii i Wietnamu-ruch uliczny czylitotalny brak zasad, reguł, nakazów, zakazów itd... tu pierwszeństwo ma ten kto będzie pierwszy -kto wyjedzie dalej, dlatego też kierowcy nie patrzą w lusterka przy wymijaniu, wyprzedzaniu, przy włączaniu się do ruchu itd.itd.itd. Jeśli już ktoś porządnie trąbnie, to machną ręka i krzykną „no jedź przecież nikt Ci nie przeszkadza,nic nie mówi” -ja miałam wrażenie, że co raz ktoś trąbił i co raz nasz kierowca machał ręką. W drodze powrotnej miałam zaszczyt siedzieć za kierowcą czyli widziałam i lusterko i przez szybę czy coś jedzie, to była szkoła nerwów, chyba nie tylko dla mnie, dla Aleksa także. No ale oczywiście jak zwykle „cywilizacja” się denerwuje i poci ze strachu, a wszystko przebiega przecież jak gdyby nigdy nic...

Zatem nasz fugon po 1,5h godziny dojechał do Shkodry, po drodze zatrzymując się aby wysadzić jednych, zabrać drugich.

Oczywiście ruch uliczny to nie tylko samochody, ale także piesi...którzy chodzą jak chcą, bo i jak mają chodzić, skoro nawet skierowane na nich światło zielone nie jest ich, więc piesi biegają, skaczą, robią uniki i innej wywijasy żeby przejść na drugą stronę. Myślałam, że po dwóch długich wizytach w Azji Południowo-wschodniej jest mi to znane, ale jak się okazało korepetycje z przechodzenia przez ulice były niezbędne.

Zamek w Shkodrze widać już przed wjazdem do miasta, sam widok nie wróży spokojnego marszu pod górę, zwłaszcza w południowym upale. Pomysł Aleksa, żeby jechać na stopa niestety nie wypala, bo mija nas jeden samochód, który i tak zaraz skręca w inną stronę. Idziemy drogą pomiędzy domami ogrodzonymi wysokimi murami, na nich odłamki szkła-straszak na złodzieji, czasem po murze wije się winogron, na stwardniałej glinianej ulicy nie ma nikogo, na ulicy brukowanej także, tylko gdzieś z podwórka wyłaniają się dwaj chłopcy widzący, że mam aparat i proszą o zdjęcie.

 

Z zamkiem, a teraz właściwie ruinami zamku wiąże się legenda...dawno temu trzej bracia chcieli zbudować zamek, jednak za każdym razem gdy po nocy wracali na miejsce budowy wszystko było zniszczone. Pewnego razu przyszedł do nich mędrzec i powiedział, że jeżeli chcą, aby budowla się udała muszą zamurować w niej swoją żonę. Bracia przysięgli sobie, że żaden nie powie swojej ukochanej o tym co miało się wydarzyć...2 z braci złamało obietnicę i powiedziało swoim żonom, aby nie pojawiały się na miejscu gdzie miała powstać budowla. Żona najmłodszego z braci zatem została zamurowana w jednej ze ścian, ale ponieważ miała 7 miesięczne dziecko, poprosiła aby pozostawić jej rękę-do głaskania dziecka, pierś- do karmienia, i nogę- do kołysania. Miejsce na zamku gdzie została zamurowana kobieta, jest charakterystyczne, bo pokryte białymi zaciekami- mlekiem z piersi tej kobiety.

 Zamek najbardziej znany jest z 1479r z obrony przeciw turkom osmańskim w czasie bitwy o Shkodrę.

 

Z góry roztacza się widok na rzeki Buna i Drin.

Z góry zamkowej rozpościera się widok na całą Shkodrę i okoliczne góry, rozlewiska rzeki...., spotkać można tam żółwia, który ucieka przed wydzierającymi się polskimi turystami „ej Elka idź zobacz do muzeum"

-"a jest tam coś ciekawego?"

-"nie, jak zwykle po polskiemu nie piszą” -wcale się nie dziwie, że nawet żółw spierdziela.

22:09, karolinajoanna88 , Albania
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 sierpnia 2010
W kraju orła...

"Witamy w kraju orła"  takim napisem wita tirańskie lotnisko przybywających do Shqiperia. Upał bucha po wyjściu z samolotu, zaczepiający "taxi" "taxi" "taxi" też są, oraz miły Pan przy odprawie paszportowej- pyta czy "first time in Albania"...czyżby bliźniak Wietnam?

Na  lotnisku czeka na mnie Aleks to On wprowadził mnie w albański świat, pokazał co to fugon, nauczył "od nowa" przechodzić przez ulice oraz uświadomił mi, że Sali Berisha* to mój kumpel ...kilka zdjęć..

Jako, że Albania statystycznie to 70% wyznawców islamu, a ja wylądowałam w środku Ramadanu należałoby coś napisać w tym temacie.

Samo słowo islam w języku arabskim znaczy „Poddanie się woli Boga”, doktryna islamu to wiara w jedynego Boga, w proroczą misję Mahometa,zmartwychwstanie, sąd ostateczny, wiarę w przyszłe życie, czy karę-nagrodę po śmierci, ponadto Koran, Tora i Ewangelia.

Kultem jest pięć filarów

modlitwa- salat

jałmużna- zakazat

post-saum

pielgrzymka do Mekki-hadżdż

wyznanie wiary- szachada

ponadto modlitwa o świcie, w południe, po południu, wieczorem,w nocy oczywiście z twarzą zwróconą do Mekki. I tu mnie zastanawia skąd taki muzułmanin na wakacjach w innym mieście ma wiedzieć,w którą stronę jest Mekka?

A jak wygląda Ramadan w Tiranie i okolicach...

Shkodra- idę z Aleksem do ruin zamku, nagle z jakiejś wieży rozlega się głos, myślę sobie ale muzę poszczają, Aleks zaczyna się śmiać i mówi, że to nawoływanie do modlitwy, ale on nie rozumie co oni tam krzyczą i często Ci którzy idą do meczetu także:)

W brew istniejącym u nas przekonaniom w okresie Ramadanu w Albanii, restauracji, bary itd. są otwarte, większość ludzi je normalnie podczas dnia, czasem tylko na ulicy można spotkać małego chłopca z bębnem, który poprzez wybijanie rytmu przypomina, że jest Ramadan.

* albański polityk, wcześniej prezydent, obecnie premier, bardzo wpływowa osoba szczegółnie na północy Albanii.Lider Demokratycznej Partii Albanii.

Zdjęcia tutaj

13:32, karolinajoanna88 , Albania
Link Komentarze (3) »
niedziela, 15 sierpnia 2010
Christiania...królestwo wolności

Robisz krok przez bramę i świat nagle się zmienia z spokojnej, czystej  ułożonej Danii wkraczasz w świat kojarzący się z Woodstockiem lub z dzielnicami biedy w Nowym Yorku. Ukazują się kolorowe ściany, na nich malowidła, grafitti, pod ścianami stoliki, metalowe beczki w których podczas zimy pali się ogień, krzesełka, tabliczki, wywieszki, wokół tego wszystkiego ludzie -hippisi, ludzie-turyści, ludzie-policja...tak na pierwszy rzut oka wygląda Christiania Wolna dzielnica Kopenhagi. Świat tam wydaje się wesoły i beztroski, ale powiewa też grozą i tajemnicą, a na ulicy Pusher Street zapachem marihuany.

*

Początki Christianii to rok 1971 gdy na teren opuszczonych koszar, sprowadzają się squotersi i hippisi , wprowadzają także swój kodeks postępowania: brak samochodów, ciężkich narkotyków oraz kradzieży. Obecnie przy liczbie mieszkańców 800-900 utrzymanie takich reguł jest nie możliwe, zatem duński rząd i policja dąży do przekształcenia Christianii, lub chociaż eliminacji handlu narkotykowego. Oczywiście zdania co do tej decyzji są podzielone, bo jednym z argumentów na pozostawieniu Christianii w takiej formie jakiej jest, jest to, że przyciąga rzesze turystów.

Gdy wchodzisz do Christianii przede wszystkim widzisz ogromne rysunki przekreślonego aparatu- No photo, to jedna z zasad chcesz zobaczyć jak żyjemy? Okey, ale nie rób nam zdjęć-więc ja nie robiłam.

Następnie co widzisz? Czerwień i żółć, bo żółte koła na czerwonym tle to flaga Wolnego Miasta. Ponoć pierwsi osadnicy w wojskowych koszarach znaleźli dużo farby właśnie w takich kolorach...zatem odpowiednio ją wykorzystali.

Póżniej twoim oczom ukazują się ludzie, kolorowi, czasem brudni, pijani, cieszący się, przy swoich domach,  czy z psem na spacerze, a czasem pouczający turystów, że tu w Chrstianii puszek po piwie się nie zgniata, bo to jeszcze można sprzedać, to jeszcze jest towar, cenna rzecz.... I chociaż za dnia przez tą dzielnicę przewijają się  także "normalni" ludzie to jakoś trudno zwrócić na nich uwagę...chociaż  na tle Christianii wyglądają jak z innej galaktyki.

*grafika google.pl

 

sobota, 14 sierpnia 2010
Crew only

 " A może żeglowanie rzeczywiście takie jest?

Proste, ciche i nikt nie ma odwagi powiedzieć, że na morzu jest zwyczajniej niż w pantoflowym życiu domowym. A te wielkie przygody są tylko w opowiadaniach" *

I chodź tekst ten pochodzi z książki "Otago, Otago na zdrowie", mówiącej o regatach dookoła świata, to znakomicie odnosi się także do naszego rejsu. Trasa pierwszego etapu to Szczecin-Ystad- Malmo- Kopenhaga- Sztokholm- Karlskrona- Hamburg- Arhus- Lubecka- Rostock, to 22h a na żaglach, bo jak to kapitan p. Andrzej Mendygrał powiedział "Jesteśmy jak tramwaj, jak cholerny tramwaj" i tak było, bo daty wpłynięcia do portu poustalane co do godziny- wpłynięcie Sztokholm 22.00, Arhus -9.00...a jeśli już było tak, że mieliśmy kilka godzin zapasu to i tak trzeba było płynąć na silniku bo mordewind wiał, albo w morde wiało, albo mordewind wiał, aaaalbo czasem jeszcze flauta.

czasem się udało cos postawić...

Zatem pożeglować długo żaglach się nie udało, modlitwy do Neptuna nie było, rozmowy z Prozerpiną także...ale były reje, wachty, były prace bosmańskie, były rejony i kambuz...

dryyyyńń... tego najbardziej nie znosiliśmy zwłaszcza o 7.00 i w środku nocy, zawsze to znaczyło pobudka z tym rozróżnieniem, że jeden dzwonek na banderę i śniadanie, a dwa to alarm.

Ten draaańńń to znaczy dryyyńń zaczynał dzień- okropny dzwonek, który na początku budził każdego, pod koniec rejsu już tylko nie licznych, o 7.30 śniadanko przygotowane przez wachtę kambuzową, o 8.00 bandera obsługiwana przez wachtę schodzącą, ze służby....spokojnie zaraz wszystko wyjaśnię co to bandera, wachta, kambuz... jeszcze 2 miesiące temu też byłam jasna blondynka w tym temacie, teraz już tylko blondynka:)

Parada burtowa, czyli oddawanie honoru innej jednostce.

Bandera to poranne spotkanie całej załogi, wtedy w porcie jest wciągana bandera, to wtedy są omawiane sprawy załogi. No właśnie, teraz jestem taka mądra, a jakie były początki?

Tak wyglądały pierwsze techniczno- statkowe rozmowy:

-ja do koleżanki- Trzeba jeszcze wymyć okienka...

-oburzony instruktor- Wymyć bulaj, nie żadne okienko... nie pokój a kajuta, nie łóżko a koja, nie okienko a bulaj, nie pokój a kajuta...

-Zgodnie odpowiedziałyśmy -Ahaaaaa........

No, ale to były początki, a potem, potem to my się nawet nawigacji z dr Skwarą :) uczyliśmy, jak sam powiadał "Dać małpie nawigator będzie nawigator".-  ale to chyba nie odnosiło się do nas:)

Grot i fok to maszty, mają one odpowiednio reje od dołu: grotreja, grotmarsreja dolna, grotmarsreja górna, grotbramreja, grotbombramreja, grottrumsreja...analogicznie fok. Bez względu na którą reje wchodzisz, za pierwszym razem nogi trzęsą się tak samo, a ręce chwytają się czego się da, zwłaszcza gdy nie ufasz swoim szelkom asekuracyjnym. Ale spokojnie Bosman Adam pociesza...nawet nie wiecie ile człowiek jest w stanie zrobić gdy spada, ile siły dostaje...spokojne...

 

Na reje!

Oczywiście często gęsto brasowanie, czyli ustawianie rei pod najkorzystniejszym kątem do wiatru.

Gosia -Pierwszy Oficer-tak, tak kobieta Pierwszym Oficerem...:z swojej ala policyjnej szczekaczki:

Dziób gotowy?

Śródokręcie gotowe?

Rufa gotowa?

Wzięli brasy!

I wtedy brali, ciągnęli i pompowali i poprawiali i męczyli się, i łapki niszczyli... no ale na to też były sposoby, kogo? Bosmana! Bo wiecie Bosman gdy go bolą łapki śpi z... nagielbankami... i ta nie imię kobiety, a nazwa takiego pachołka na którym jest owinięta lina, szczęście, że śpi w łapkach z metalowymi, bo to jeszcze zrozumieć można.

Kambuz to cały dzień obżarstwa, czasem trochę obijania, czasem cały dzień obierania i tarcia ziemniaków an placki , a czasem gulasz na "odpieprz się" . podsumowując pomoc w kuchni. Zaczynając od szykowania śniadania -po zmywanie i sprzątanie kuchni i chłodni, nie rzadko kończąc na winku z kucharzem czy kawie po cypryjsku z pomocnikiem kucharza. Kambuz to bardzo miły dzień, który bardzo się różni od wachty służbowej na pokładzie, nie trzeba chodzić na alarmy, nie trzeba sprzątać rejonów, nie ma prac bosmańskich...a dzień ten trwa od północy do północy, czyli czasem można trochę odespać. Ale powiem wam, że ponoć lepiej podpaść piratowi niż całemu kambuzowi, więc uważajcie!

 

Kambuz pracuje - to przez nich przybyło ciałka.

Wachta służbowa, wachty służbowe to załoga podzielona na grupy, każda w danych godzinach ma swoją służbę, i tak... gdy płyniemy wachta służbowa stoi na oku ( ale wypatrywanie żaglówek, które są już widoczne od kilkunastu minut na radarze wcale nie jest nudne:) i na sterze, wolni od pracy dostają prace bosmańskie. Gdy stoimy w porcie wachta służbowa jest wachtą trapową, czyli stoi przy wejściu na statek i go po prostu pilnuje, gdy pojawi się jakiś gość informuje oficera. Ponadto zadaniem tej wachty jest także sprawdzanie cum. Zawsze wachta służbowa wybija szklanki, wybija nie zbija... czyli informuje wszystkich poprzez wybicie uderzeń dzwonem, jest to informacja dla załogi, która jest obecnie godzina. Popatrzcie na początki nauki...:)

 

 * książka Iwony Pieńkawy -18latki uczestniczącej w regatach dookoła świata w latach 1973/74, ciekawostką jest to, że w załodze z nią był Zygmunt Choreń- konstruktor STS Fryderyk Chopin. 

Iwona Pieńkawa mając 20lat zginęła w wypadku samochodowym, co zadziwiające w swojej książce wspomina o śmierci, a co jeszcze bardziej zadziwiające rok po jej śmierci S/Y OTAGO, czyli statek na którym płynęła dokoła świata tonie u Wybrzeży Wyspy Niedźwiedziej, a rok po tym wydarzeniu na wodach Zatoki Biskajskiej zostaje uszkodzony, opuszczony przez załogę i prawdopodobnie zatopiony S/Y IWONA PIEŃKAWA. 

20:14, karolinajoanna88
Link Dodaj komentarz »
środa, 11 sierpnia 2010
Visby skarb ukryty w środku morza bałtyckiego... a Chopin tam dotarł

Visby nie był portem planowanym, zawineliśmy do niego z nadmiaru czasu i może dlatego najbardziej mnie urzekł. Mały porcik z keją do 200m. Małe miasteczko położone na szwedzkiej Gotlandii ujmuje zanim noga postanie na ziemi. Z daleka widać drobne kolorowe domki, w których szybach odbijają się promienie zachodzącego słońca, jeśli dobrze się przypatrzyć widać też ruiny średniowiecznego kościoła- zresztą nie jednego i nie jedne ruiny. O czasach średniowiecznych przypomina „Ring Wall” czyli prawie trzy i półkilometrowy mur otaczajacy prawieczną osadę. Zatem miasto sprawia wrażenie jakby czas zatrzymał się w miejscu kilka wieków temu.

Widok z portu na miasteczko.

Chopin w przy keji w Visby.

Dawne zapiski głoszą, że Waldemar Atterdag- Król duński zdobył to oto bogate w tamtych czasach miasteczko, dzięki córce Króla Visby. To ona zakochana w wodzu duńskim otworzyła nocą bramy miasta... za co została spalona … i tak do dziś, co roku mieszkańcy Visby podczas tygodnia średniowiecza- osądzają młodą zakochaną zdrajczynię.

Ruiny kościoła...właśnie jakiego? tyle ich tam jest...

Te hanzatyckie* miasto od 1995r. jest wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, a jego znakiem rozpoznawczym jest baran- znajduje się nie tylko w herbie, ale jego wizerunek można spotkać od flag, po posażki stojące na ulicy.

Visby to takie miasteczko przez nie których określane- ostoją na starość, bardzo spokojne i napawające odprężeniem, można iść brukowana uliczka i nikogo nie spotkać...chodź jest taki czas, że całe ożywa – w sierpniu gdy trwa Medeltidsveckan- tydzień średniowiecza.

więcej zdjęć z rejsu i Visby

*Miasta hanzatyckie, hanza, czy Związek Hanzatycki- to po prostu średniowieczny związek miast północnej Europy.Miasta takie jak m.in. Rostock, Hamburg, Gdańsk, Szczecin, Ryga, Kalingrad popierały się wzajemnie pod względem ekonomicznym, zatem utrudniały rozwój innym miastom, które do hanzy nie należały.

wtorek, 10 sierpnia 2010
Cyrk, który dla mnie wcale nie był śmieszny!

Dziś będzie o sytuacji, która może spotkać każdego, a zwłaszcza tych którzy od czasu do czasu opuszczają swój dom. Zdarzyła się ona gdy byłam na rejsie z POT-em.

Byliśmy w Arhus, takie miasto w Danii, czekałam na nie -bo nasłuchałam się, że śliczne, przytulne itd.itd.... miasteczko- dziś nienawidzę tego miasta-chodź one winne wcale temu nie jest.

Załogą byliśmy na wieczornym grillu nie opodal cyrku Benneweis, i to właśnie tam poznaliśmy polaków pracujących w tym cyrku i to od nich dostaliśmy wejściówki na spektakl. Trochę to dziwiło, była nas duża grupa, a cyrk bardzo drogi- na 7 osób bilety kosztowały ok 1200 koron, czyli jakieś 600zł.

Poszliśmy, oglądaliśmy, było nas kilkoro, nikt przed nami i za nami nie siedział...aparat miałam pomiędzy nogami w torbie... jak duński policjant przypuszczał- spod trybun ukradła go obsługa cyrku, która kradzieży nie wymyśliła sobie w momencie spektaklu, ale o wiele wcześniej.

W momencie gdy poczułam, że moja torba jest lżejsza o jakiś 1kg łzy napłynęły mi do oczu, i przypomniałam sobie moment podczas przerwy, gdy chciałyśmy wyjść z dziewczynami, a obsługa cyrku tak umilnie namawiała- abyśmy zostały... bo będzie teraz największe show. Zostałam i show miałam. Straciłam aparat Nikon D40x Numer seryjny 6150232. i chodź może nie był on najlepszy, to przeżył ze mną wiele, straciłam obiektyw Sigma 18-250mm F 3.5-6.3. DC OS HSM Numer seryjny 10645178.- ten kupiony specjalnie na ten wyjazd... 2,5tys. zł za sam obiektyw,które poszło się... zostały wspomnienia po ciężkich godzinach pracy spędzonych, aby na niego zarobić.

Oczywiście nie chce tu nikogo osądzać, ale ja od polaków za granicą, szczególnie obdarowujących innych- będę się trzymała z daleka. I można mnie obwiniać, że jestem nie sprawiedliwa, że w Danii też są złodzieje...ale i tak na dzień dzisiejszy zostanę przy swoim.

 Oczywiście nie obyło się bez łez, pocieszeń, prób pomocy, a także znalezienia ziarnka zalet, że stało się to właśnie w tym momencie i takim miejscu. ..

… bo po pierwsze nie byłam sama, ale z ludźmi którym mogłam zaufać, a oni starali się jak mogli aby mi pomóc, pocieszyć, znieczulić itd.

...bo oczywiście wraz z aparatem zginęły mi dokumenty, ale na szczęście nie paszport, więc mogłam kontynuować spokojnie rejs. Zdążyłam także zablokować kartę płatniczą.

… bo na szczęście miałam trochę zgranych zdjęć z rejsu, więc jest jakaś pamiątka.

… bo na szczęście nie stało się to ani gdzieś w afrykańskiej puszczy, ani w kanionie Kolorado, bo wtedy zaryczałabym się na śmierć, że nie mam czym robić zdjęć.

… bo to kolejna lekcja życia, która powinna uświadomić, że nie powinno się przywiązywać do rzeczy materialnych.

…i oczywiście nauczka, że rzeczy cenne nie trzyma się tylko blisko siebie i „na oku”, ale trzyma się ja cały czas przy ciele.

… bo w każdej sytuacji, nawet dla nas nie dobrej, trzeba znaleźć coś co jest w niej pozytywnego, wtedy życie jest łatwiejsze;)

 

A teraz pamiątka po moim aparacie

Fot.Kuba

 

A co zrobić, gdy już zostaniemy okradzeni?

- zablokować karty płatnicze,

-powiadamiamy policję i bierzemy od nich zaświadczenie o zdarzeniu-potzrebne m.in. do wyrobienia paszportu, do ubezpieczenia itd.

-jeżeli jesteśmy za granicą, a straciliśmy paszport to zgłaszamy się do ambasady, i tu uwaga:

                - przed wyjazdem dobrze mieć ksera paszportu w różnych miejscach, oraz skan na poczcie, wtedy o wiele szybciej uzyskamy paszport tymczaswy, na którego podstawie będziemy mogli wrócić do kraju,

               -zanim wybierzemy się do ambasady, idźmy po drodze do fotografa po zdjęcia, bez zdjęć nie mamy po co iść do ambasady

              -jeżeli w danym kraju nie ma polskiej placówki zgłaszamy się do placówki dowolnego państwa, ale będącego członkiem UE,

 

-pamiętajmy o zastrzeżeniu dokumentów tożsamości czyli dowód osobisty (może to zrobić placówka, która wydała dokument, ale  także można zastrzec go w banku- po co i jak to zrobić przeczytaj tutaj www.dokumentyzastrzezone.pl/ , prawo jazdy ( te jest anulowane w momencie wyrobienia nowego-bezsens)

-jeżeli straciliśmy sprzęt elektroniczny, -zgłosić fakt policji, z pisemnym podaniem o wpisanie do bazy danych sprzętu skradzionego- podajemy wszystkie oznaczenia, numery seryjne itd., a także wpisania go do internetowych baz sprzętu skradzionego jak np. ta tutaj sssf.art.pl

poniedziałek, 09 sierpnia 2010
From wreck to world-class

 

Zazwyczaj kiedy słyszy się muzeum Wazy, pierwsze skojarzenie... o nie ale nuda muzeum Jana III Wazy, albo inaczej....muzeum waz i wazonów.

A tymczasem muzeum Vazy w Sztokholmie jest jednym z najpopularniejszych muzeów na świecie, na dodatek jest to obiekt w którym znajduje się jedyny zachowany ( w 95%) okręt z XVII ....który miał zaatakować UWAGA!!...Polskę.

 Bitwa pod Oliwą za bardzo Szwedom nie wyszła i z tym chyba zgodzi się każdy...może byłoby inaczej gdyby potężny okręt Vasa budowany specjalnie na tą bitwę nie zatonął...

Wielki Vasa to 400 ludzi pracujących przy jego budowie, to 64 działa, to 1200ton i 15 minut dziewiczego rejsu...

...odnaleziony po 333 latach wydobyty i konserwowany przez 17 lat poprzez spryskiwanie glikolem polietylenowym oraz utrzymanie w muzeum odpowiedniej wilgotności.

Museum jest niezwykłe, bo oprócz widoku okrętu z XVIIw...jest 9 sal powiązanych tematycznie, są kościotrupy, są doskonale odtworzone twarze załogi ( nawet pot na czole widać), a sam budynek robi także wrażenie, bo jest on 3 piętrowy i z każdego piętra można podziwiać okręt, a po za tym możecie się tam dowiedzieć czemu i jak zatonoł Vasa.

Znaleziony filmik okręcie Vasa. 

poniedziałek, 02 sierpnia 2010
Tungatjeta jeszcze w Polsce!

Wszyscy jadą w stroną Wodstack'u? a ja? a ja do Sankturarium Maryjnego w Różanymstoku, ale się wpakowałam... pomyslałam na stacji w Białymstoku... po jakiś 12h już  w podróży (Łobez-Stargard Szcz-Warszawa Centr.-Białystok...). Jak później się okazało całkiem nie słusznie sądziłam, że się "wpakowałam", bo na msze nie ściągano mnie o 5 rano i nikt z księży nie przypominał tych naszych z pomorza.

                                     

Salezjanie, bo u nich byłam ostro zaskakują. Po pierwsze zero oznak tego, że są duchownymi, brak sutanny, różańca, krzyżyka chyba też nie widziałam... po drugie częśćiej usłyszych cześć niż Salve czy Szczęść Boże.

                  

Salezjanie z Różanegostoku mają dużo roboty z jeszcze trudnejszą młodzieżą niż sama robota...podstawówka, gimnazjum, bursa dla młodzieży nie przystosowanej do życia w społeczeństwie, są tu dzieci, których rodzice stracili prawa rodzicielskie, dzieci, które miały iść do poprawczaka  oraz dzieci z którymi rodzice poprostu sobie nie dają rady.

                              

Z taką młodzieżą własnie pracuje Aleks oraz Marian, czyli dawni wolontariusze European Voluntary Service, a teraz pracownicy tego ośrodka resocjalizaji. To z nimi oraz Marcinem (kooradynator, pomysłodawca mojego projektu, Dziękuje!) spędziłam te 2 dni na Podlasiu. Oprócz info  co do projektu, tego jak będę żyła, co robiła itd. uczyłam się albańskiego.Tak swoimi zdolnościami wykończyłam Aleksa, że biedny zasnoł w drodze naszej wycieczki do Augustowa.

                   

Zatem musze przyznać, że długa i męcząca podróż została mi znakomicie wynagrodzona przez nowe wspaniałe znajomości,  zmianę poglądów na tematy wyżej wymienione oraz maciupinkie poznanie uroków podlasia.

                                      

Podsumowując...wiem jak jest po albańsku "Czy tu są łądni chłopcy?", więc moge jechać...:)

Start 23.08.2010r. po szkoleniu pre-departure 18-22.08.2010 uff w Warszawie.

A teraz filmiki promujące Albanie... czy tak będzie?

 

 

00:14, karolinajoanna88 , Albania
Link Komentarze (1) »