Karolina Lukaszewicz

Utwórz swoją wizytówkę
wtorek, 21 września 2010
Berat to historyczne miejsce, ale ta historia wciąż żyje.

Biało -czerwone puzzle doskonale wpasowują się w kamienną ścianę góry roztaczająca się nad rzeką Osum, nie zbyt czystą, jak to bywa w Albanii, ale nadal odbijającą ostatnie promienie zachodzącego słońca. Odbijają się także w okiennych szybach, kolorowe pranie przy białych murach wygląda jak tęcza, a drogie, czarne „terenówki” - jak z księżyca.

Rzadko kiedy się zdarza, że zabytki są zamieszkiwane przez mieszkańców. Cytadela w Beracie nadal żyje swoim życiem, aczkolwiek całkowicie innym niż wczasach powstania, ale jednak.

Do cytadeli prowadzi brama, w niej kram z pamiątkami, jak na Albanię przystało.. popielniczki w kształcie bunkra, czerwone torby z włóczki z czarnymi orłami oraz starości wyciągnięte z babcinej szafy i kościoła. Gdy słońce zaczyna zachodzić w bramie widać ciemne postacie, chłopca z owieczką, staruszka ze swoim mułem, koniec dnia czas, wracać do domu, domu który żyje już ponad 7 wieków. Białe kamyki ułożone w ścieżkę, nawet w słoneczny i pogodny dzień są śliskie, białe są domy, mury, czerwone są dachy, a brązowe drzwi i okna. Porastające winorośla tworzą miły cień, w którym odpoczywają koty.

Mała rodzinna restauracja pod koniec września świeci pustkami, ale jestem przekonana, że w sezonie trudno jest znaleźć w niej wolny stolik. Djath czyli biały, słony ser -zapiekany w bakłażanie, cukinia z warzywami, papryka znów z nadzieniem serowym, papryka z warzywami i w końcu byrek z pietruszką , wszystko to świeże i smaczne, a doprawione śliwkową raki powoduje to, że do końca dnia człowiek nie ma ochoty na zjedzenie czegoś innego.

Muzeum ikon częściowo znajduje się w prawosławnym kościele „Saint Mary Church”, nowa tablica na ścianie przywołuje tekst z 9 marca 1979 ”... Jeśli jesteś przyjacielem wchodź i ciesz się, jeśli jesteś wrogiem i pełen zła, odejdź daleko, daleko od tej bramy”.

Ikonostas oddzielający nawę od ołtarza, w porównaniu do reszty świątyni jest kolorowy i opasły, można patrzeć na niego kilka godzin, a jeśli komuś się nie znudzi to i tak wszystkiego się nie dopatrzy. Kadzidła wiszą nad głowami, niektóre trochę już wypaczone z użycia. Ikony, Onufriego, syna Onufriego, David'a Selenicy, i innych mało znanych nazwisk wiszą w każdym zakątku.

Znacznie ciekawsze są świątynie do których wejścia nie można, albo są zniszczone, albo trwają w nich prace, do tych trzeba zaglądać przez szpary. Czasem gdy zbyt mocno złapiesz, XIII wieczna cegła trochę kruszy i to chyba najlepszy powód, aby nie robić tego nigdy więcej.

Mała dziewczynka ze smutnymi oczkami siedzi na grobowcu, bardzo starym i dlatego pewnie zapomnianym, w „europie” pewnie byłby za szkłem, a tutaj jest po prostu zawsze będącym elementem krajobrazu. Mosque of Bacheolrs znany mi tylko z tego, że był zamknięty, podobnie jak dwa inne Meczety- Ołowiany oraz Sułtana. Studnie do ablucji zasypane śmieciami sugerują, że meczety otwierane są tylko w celach turystycznych-ale kiedy -tego nikt nie wie.

Więcej zdjęć z Beratu tutaj

Tagi: Albania Berat
14:19, karolinajoanna88 , Albania
Link Komentarze (2) »
piątek, 17 września 2010
Ramazanski Bajram w Bascarsiji miał miejsce 9 września 2010r.

Mężczyźni w garniturach, kobiety elegancko ubrane, nie które w czadorach, inne tylko w chustach na głowie, te mają często oczy podkreślone ciemna kredką- wyglądają wtedy mistycznie i tajemniczo .Białko oka odbija się od ciemnej cery i chusty. Mali chłopcy odświętnie wystrajeni, dziewczynki także. Bascarsija zaczyna żyć w Bajram- dzień uczczenia zakończenia Ramadanu. Tego dnia zaczyna się wolność, która kończy się z dniem rozpoczęcia kolejnego Ramadanu, czyli 1 sierpnia 2011r.

W ten dzień i noc robi się wszystko czego nie można było przez ostatni miesiąc. Uliczne orkiestry wędrują od baru do baru i za kilka bośniackich marek grają żywe melodie, które czasem przypominają nie zgraną orkiestrę składająca się z kilku trąbek i bębna. Rodziny i przyjaciele spotykają się w mieście, siedzą w restauracji, kawiarni, tańczą, pala fajkę wodną, a czasem tylko rozmawiają przy bośniackiej kawie w dżezwie.

 

Dżezwy.

Nie chcę powiedzieć fanatycy, bo chyba w tych czasach to mocne słowo, ale utwierdzeni w swojej wierze, w Bajram odwiedzają meczety, składają na bramach przy wejściu jałmużnę, siedzą na schodach meczetu, modlą się, robią sobie pamiątkowe fotografie. Czasem są tacy zaaferowani i zagadani, ze nie zauważają co robi ich dziecko, a on wkłada głowę pomiędzy kraty. W podzięce za to, że zaczepiam muzułmańska mamę i pokazuje co robi jej dziecko, mogę zrobić mu zdjęcie. Wszystkie inne zdjęcia robię z ukrycia, nawet nie podnosząc aparatu, tylko pstrykając na opak- po to kobiety przestrzegają hidżabu ( muzułmańskich zasad ubierania się), aby być spostrzegane jako skromne i nie kuszące- nie po to aby wszyscy oscentacyjnie latali za nimi z aparatami i kamerami ... robili im sesje zdjęciowe.

 

Wejście do meczetu.

Dziecko przy meczecie.

Meczet Gazi Husrev-bega mieści się na starym mieście Bascarsiji. Uważany za jeden z najlepszych obiektów architektury muzułmańskiej, minaret o wysokości 45m widać z daleka i często jest punktem orientacyjnym, dla zagubionych turystów w krętych uliczkach Bascarsiji- także w nocy, bowiem jest podświetlany. Śpiew muezina nawołującego pięć razy dziennie do modlitwy z tak wysokiego minaretu słychać z oddali....Allahu akbar...Allah jest wielki...

 

Meczet Gazi Husrev-bega.

Muzułmańskie flagi powiewają w wielu miejscach, także na dwóch mauzoleach znajdujących się na terenie meczetu- jedno z nich to mauzoleum Gazi-husev berga, drugie to jego współpracownika, który z chrześcijaństwa przeszedł na islam.

Każdy kto spojrzy przez bramę prowadząca do meczetu, ujrzy sahn czyli dziedziniec ze studnią. Sedrvan to studnia w meczecie Gazi Husrev-bega, w której przed wejściem do swiątyni wierni dokonują ablucji. Także w troskę o zachowanie czystości przed wejściem wierni ściągają buty, w "If al fitr" czyli Bajram, butów przed meczetem jest wiele. Zapewne nie jeden wyznawca wychodzi wtedy nie w swoich butach.

 

W Sarajewie powstał jeden z pierwszych wodociągów miejskich- studnia Sebilj  w Bascarsiji jest jego pozostałością.

Bascarsija położona jest w dolinie, wzgórza ją otaczające są pokryte mahalami czyli domkami i ogrodami pnącymi się po zboczach, w nocy gdy palą się w nich światła wygląda to tak jakbyśmy byli otoczeni tysiącami latarni. W Bascarsji można kupić wszystko od tkanin sprowadzanych z Persji, po indyjskie torebki, prażoną i grillowaną kukurydzę, czy byrek- ala francuski placek wypełniony mięsem lub serem, nie zapominając o covaci, czyli prostokątnych bośniackich kiełbaskach -popularnych pod różnymi nazwami na Bałkanach – w Rumunii- miczi, w Albanii qofte. Tak było zawsze, Bascarsija w dawnych czasach była bazarem, który dostępny był tylko za dnia, nocą pilnowali go strażnicy. Pobierający oni duże opłaty za opiekę nad dobytkiem w momencie gdy właściciel zapomniał zamknąć swoje kramu, lub zgasić latarni.

 Więcej zdjęć z Sarajeva tutaj

 

poniedziałek, 13 września 2010
Piękna lecz stroma, samotna droga przez Bałkany.

Z misji wychodzę za piętnaście piąta rano, dla niektórych w nocy...ulice są puste i ciemne. Strażnik przy wyjściu trochę się dziwi, ale mówię mu, że jadę do Sarajewa. Może rozumie, może nie.

„Taxi Durres”, „taxi Kruja” słyszę w momencie gdy mijam róg ulicy Don Bosko, przy której jest misja. „No thanks, I'm going to Shkoder by furgon”.

Płacę 400 lek, odpowiadam na pytanie skąd jestem i siadam z tyłu w ostatnim rzędzie minibusa, aby widzieć bagaże.Po kilkunastu minutach bus jest pełny można ruszyć w drogę. Nocą na albańskich drogach chyba jest spokojniej, mniejszy ruch i  nawet klaksonów nie słychać- chyba, że jestem tak zaspana, że nie słyszę.

Ktoś zaczyna do mnie mówić, jak masz na imię, ile masz, lat, skąd jesteś, co tu robisz, lubisz Albanię, odpowiadam standardowo i tylko z grzeczności, bo trudno mieć ochotę na rozmowę o tak wczesnej godzinie. Dori młody Albańczyk, którego marzeniem jest praca we Włoszech, jak się później okazuje jest bardzo pomocny. Przez całe 2h szuka mi busa do Czarnogóry, bo według miejscowych jeżdżą tam tylko taksówki ( no fajnie, ale za taksówki UE nie płaci). Po długim krążeniu po mieście i zaczepianiu wszystkich „kompetentnych” znajdujemy busa, który odjeżdża o 9.00 do Ulncija i jest to jedyny bus na dzień dzisiejszy. „To nie jest Twój problem, to mój kraj i moje okolice, to moje zadanie znaleźć Ci transport” słyszę w momencie, gdy po godzinie szukania transportu proponuję Dori'emu, żeby się mną nie przejmował, że dam sobie radę. W tym momencie zastanawiam się czy ktokolwiek w Polsce by tak bezinteresownie pomógł, zmęczony po podróży, o wczesnej godzinie oraz mając plany na swój dzień.

„Najgorsze za mną” mówię sobie gdy wsiadam do autokaru do Ulcinja. Droga mija szybko, z wyglądu komunistycznym mostem przekraczamy rzekę Bunę, zaraz po niej, ostatnie spojrzenie na ruiny zamku Rozafy, zaczynają się widoki na Przeklęte góry, nie to żeby mnie tam coś złego spotkało, po prostu taką mają nazwę „Proketije”. Biały meczet z 2 razy wyższą wieżą niż budynek widać z daleka, nie mam pojęcia po co stoi na pustkowiu przy drodze, nie on jeden zresztą. Autobus mknie na zakrętach, za oknem zalane słońcem góry, meczety, meczety, góry, czasem jakiś osiołek skubiący trawkę czy stado owiec. Białe domy z pomarańczową dachówką widać z daleka, zwłaszcza te położone wysoko w górze od zielonych lasów odbijają się znacznie. Na granicy ląduje kolejna pieczątka do paszportu „Crna Gora”, oprócz różnicy takiej, że znajdujemy się w innym kraju, na pierwszy rzut oka można zauważyć, ze ruch uliczny jest o wiele, wiele spokojniejszy, co zaskakujące albański kierowca dostosowuje się do tutejszych przepisów.

Przypomina mi się ciągle zachwalanie tego kraju przez Monike- koleżankę ze studiów- „och Montenegro to, Monetnegro tamto „:) Przypomina mi się nazwa wycieczki organizowanej przez biuro podróży w którym mialam praktyki „Kraj gdzie góry schodzą do morza”. Wszystko się zgadzam ochy i achy jak najbardziej uzasadnione, sama siedzę z nosem przyklejonym do szyby, nie raz uderzając obiektywem o nią, bo zapominam że ta szyba istnieje i dalej obiektywu wysunąć nie mogę. Po prawej góry porośnięte zielenią, po lewej błękitne morze ze skalną wyspą. Lekko kręta droga często prowadzi przez tunele wyryte w skale.

Na swojej drodze przez Czarnogóre mam przesiadki w Ulncij, Bar i Podgoricy, później już tylko Sarajewo.

W momencie gdy stałam przed tablica rozkładów jazdy na dworcu w Sarajewie, zastanawiałam się czy to szczęście czy nie szczęście spóźnić się 20 min na bus do Sarajeva. Nastepny za 7h czyli o 21.40, co gwarantuje mi dostanie się do Sarajewa o 3.30.w nocy. Jest czas na zwiedzanie stolicy. Kupuje mapę i kolejny raz pluje sobie w twarz, ze już kolejny raz nie kupiłam przewodnika, co wychodzi znacznie taniej. Doznaję szoku w momencie gdy wiedzę, że ulice na mapie są pisanie alfabetem łacińskim, a na tabliczkach na ulicy cyrylicą. Z wyprawy po Kaukazie, która miała miejsce 2 lata temu nie pamiętam nic, tak ze mną jest, ze jak jeżdżę z kimś, to mało co poznaję i pamiętam, Tu na szczęście jestem sama. Wiem egoistka ze mnie. Długo nie muszę błądzić i gapić się w mapę, bo zaraz podjeżdrza młoda dziewczyna z chłopakiem i pomagają mi się dostać do centrum. Pierwsze co słyszę „Mamy piękne centrum, na pewno będzie Ci się podobać”.

Tablica upamiętniajaca Titigrad.

Po 7 h włóczenia się po centrum, parkach, od mostu do mostu wzdłuż brudnej rzeki stwierdzam, że nie było minuty aby te miasto mi się podobało, ale o gustach się nie dyskutuje. Znudzenie, zmęczenie potęguje nie miła sytuacja. Gdy chce wymienić euro ( którymi płaci się w Czarnogórze, mimo że nie jest w EU) na marki bośniackie aby mieć w nocy na taxi, pani w okienku jak najęta powtarza „sto euro” , „sto euro”. Babo, myślę sobie chcę tylko na taxi, nie chce 100 euro, mam jeszcze długą drogę, tygodniowy pobyt w Sarajewie i powrót. Nawet namowy, że zapłacę wysoką prowizje nic nie pomagają. Wkurzona wychodzę z banku, mijam cygańskie wymalowane dzieci i idę na ławkę napisać sms'a do kogokolwiek. Kolejne "szczęście", okazuje się, że mój albański numer nie ma włączonego roamingu, no tak w pl mam włączony zawsze... zresztą nie będe komentować swoich błędów i głupoty. Zmieniam kartę na polską, na oczywiście nie mam nic na koncie, dostaje na nią smsa od Norberta i wpadam w śmiech....oczywiście mama musiała się pochwalić, że są mi potrzebnene obcasy, co nie jest faktem naturalnym na pomorzu-zachodnim, wyprawach z njz.pl itd., że ja noszę obcasy powiedziałabym chyba jest to dla wszystkichch zaskoczeniem.

Jeden sms stawia mnie znów na nogi. Idę powoli na stację, nie szukam kolejnych banków, co będzie to będzie.

Wchodzę na dworzec i znów słyszę taxi, taxi, chyba im odbiło wchodzę na dworzec, a oni wołają do mnie taxi. Haha... czytam „Bałkańskie upiory”, które w tym momencie już po 13h podróży chyba nie są najlepsza lekturą, piszę pamietnik. Znów ktoś zaczyna do mnie gadać: "what are you doing?"- I 'm writing a diary i pisze dalej. Skad jesteś, co tu robisz, jak masz na imię, odkładam pamiętnik i zaczynam spokojnie odpowiadać, przez myśl przelatuje mi pytanie mamy” często zaczepiają? - nie nie często, zastanawiam się czy to była dobra odpowiedź”- nie wiem, która to zaczepka w dniu dzisiejszym. Celnik z Baru- nie speluny,a takiej miejscowości w Czarnogórze, w której dziś miałam zaszczyt mieć przesiadkę, informuje mnie że w Sarajewie spokojnie zapłacę euro. Uff zawsze mi spadnie jakiś anioł z nieba.

O 21. 20 pytam Pana w info gdzie jest autokar, „spóźni się o 20 min” odpowiada. Okey. Za 3 minuty Pan leci po mnie, chodź, chodź autokar już jest, odjedrza z innej platformy. Dostaję kolejnego ataku śmiechu chyba z bezradności albo ze zmęczenia.

Około 3.15 budzę się autokar stoi, pytam pana obok Sarajewo? Da, da słyszę;) Kolejny fart, wybiegam z bagażami i widzę taxi. Krótka rozmowa na migi z Panem, Hotel Hollywood, Ilidza, 5 euro. Wszystko okey, ale czemu Pan dalej stoi i rozmawia z innymi? Hejjj jestem zmęczona, gadam po polsku, kurde... chce do hotelu!! przyjeżdża kolejna taxówka, znów gadają i gadają, dobra mam już wylane, siadam na krawężniku i czekam. Kilka minut no i wszyscy gotowi można jechać. O 4.00, po 23h w podroży ląduje w 4 gwiazdkowym hotelu na koszt Unii Europejskiej:)

 Więcej zdjęć z Czrnogóry i Sarajeva tutaj

sobota, 04 września 2010
(Re)Wizyta Krzysztofa Zanussiego.

Dwa dni temu wybrałam się nad morze do Durres1... droga z centrum miasta na plaże prowadzi obok straganów, sklepów, meczetu, opery i właśnie tam odbywa się Międzynarodowy Festiwal Filmowy.aa a wieczorem pod gwiazdami w starożytnym rzymskim amfiteatrze można obejrzeć najlepsze produkcje filmowe oraz spotkać ...no właśnie...Krzysztofa Zanussi.

 

Krzysztof Zanussi2 zawitał do Ambasady Rzeczpospolitej Polskiej w Tiranie by opowiedziec obecnej polonii trochę „tajemnic” i ciekawostek ze swojego życia oraz o swoim najnowszym filmie „Rewizyta”.

Podczas już trzeciego Letniego Festiwalu w Durres Krzysztof Zanussi otrzyma  w rzymskim amfiteatrze statuetkę Złotego Gladiatora za wkład i osiągnięcia w dziedzinie twórczości filmowej.

Polonia w Ambasadzie RP.

1 - O Durres będzie kiedy indziej.

2-Krzysztof Zanussi- ur.1939r, rezyser i scenarzysta, twórca m.in "Iluminacji", "Barwy ochronne", "Podróżni jak inni".

19:49, karolinajoanna88 , Albania
Link Dodaj komentarz »