Karolina Lukaszewicz

Utwórz swoją wizytówkę
sobota, 30 stycznia 2010
Podróżnicze SPA.

Moja ulubiona wanną jest strumień,  prysznicem- wodospad...taki górski który płynie skądś z daleka, zimny   i srebrzysty...i to wcale nie oznacza, że jestem masochistką ale dlatego, że taka łazienka oznacza podróż.



Rzęsy najbardziej lubię malować w samochodowym lusterku, bo wtedy najczęściej jestem w drodze..

Pięciogwiazdkowa łazienka. Bicze wodne i krioterapia w cenie:)

W podroży nawet nie przeszkadza mi to, ze odżywkę na włosy trzeba zastąpić  olejem lub jogurtem, cóż kobieta jest się bez względu na miejsce...
W podroży nawet nie przeszkadza mi to, ze czasem nie ma wody...w Azji nie raz nie było jej przez kilka godzin a potem w nocy miałam powódź w pokoju... bo jak nie ma wody to skąd wiedzieć czy kurkowy kran jest odkręcony czy zakręcony -zwłaszcza ten azjatycki?

 


Czasem fajnie jest wymyć włosy na stacji benzynowej, tylko nie jak projektują je egoiści-  te elektroniczne krany z zzagoracą wodą- jak pod tym myć głowę?

 

Czasem nawet fajnie zgubić 2 ostatnie mydła w morzu Azowskim lub Czarnym...

Ta niestety nie moja...łazienka:) a szkoda błotne zabiegi świetnie robią cerze...



Jak śmiesznie jest porównywać to bez czego nie możemy żyć na co dzień- podkład, tusz, suszarka, z  tym co w podroży jest tęsknota i pragnieniem- woda w której można się zanurzyć ...nie zawsze do końca czysta, nie zawsze nawet  18 stopniowa... ale i tak nie zmienię swoich „low cost” podroży i tych jakby  turystyczni eksperci dr hab. zwyczajni i nadzwyczajni nazwali ekstremalnymi;)

Laotańsko-słoniowa łazienka.

piątek, 18 grudnia 2009
Przeczytane

Dlaczego, po co, warto przeczytać...

Into the Wild Jan Krakauer żeby zrozumieć co znaczy " Not necessary to be strong, but to feel strong".

Czyste radości  mojego życia Smid Jan po to aby zrozumieć co to wolność,  nauczyć się cieszyć tym co sie ma i poznać lwicę:)

Modlitwa za Owena Irving John znajdziecie tam miłość, religie, wojne, Stany i Wietnam, kilkaset stron dobrej lektury której nie da się jednoznacznie podsumować.

Czasami wołam w niebo T.Zwierzyńska- książka o bólu i nadziei, warto przeczytać ją już teraz- skłania do refleksji nad życiem.

Drzymalski przeciw Rzeczpospolitej A.Baniewicz głównie po to aby nie być zaskoczonym, bardzo autentyczna książka o Polsce.

Wyrok na doktora Bastera J.Jastrzębski aby mieć oczy zawsze otwarte.

i wiele innych, innym razem...

Dongi, bathy, riele, kipy...a najlepiej dolary...
czyli o kosztach...znalezione w pamiętniku...

Open Ticket-Hanoi-Saigon 28$
wstęp do My Son 60tys. (Lonely Planet podaje 50tys.dongów)
przejazd Sajgon-Phnom Penh 12$
Phno Pehn-Siem Reap 3,5$
nurkowanie w Nha Trang wraz z instruktorem 35$
śniadanie w Wietnamie 25tys.dongów
Carry soup w Kambodży 2$
mixed shake 0,5$
wypożyczenie roweru w Siem Reap 2$/dzień
autobus Siem Reap-Bangkok-15$
guest house Bangkok najtańszy jaki udało mi się znaleźć nocą -10$
warto mieć drobne na przekraczanie granicy np. wjazd do Laosu 10 bathów
-ogólnie spać można za 2-4$,
-zjeść jeszcze taniej,
-to co nabija to transport, wizy, wejściówka np.do Angkor Wat, nurkowania, kajaki, czy spływy na dętce (nie zapisałam cen) czy inne atrakcje, no i nabijają pamiątki...;)

sobota, 14 czerwca 2008
Pomoc przy blogu!

Szukam kogoś chętnego, lubiącego "blogowanie" do pomocy przy prowadzeniu tegoż oto bloga, chodzi o zmiane wyglądu, powstawiania jakiś zdjęć itd. Chętnych prosze o odzew na maila karola.lukaszewicz@wp.pl.

 pozdrowka

 Karola  

Pogawędka z Gazeta.pl:

Trochę łapą, trochę papą, czyli o komunikacji w podróży

Emilia Kasperczak 2008-06-11
O tym, jak z problemem komunikowania się w innych krajach podczas swojej samotnej podróży po Wietnamie, Kambodży, Tajlandii i Laosie opowiada 19-letnia Karolina Łukaszewicz, studentka pierwszego roku turystyki i hotelarstwa w Gdańsku.

Emilia Kasperczak: Jak przebiegała trasa twojej podróży i dlaczego zwiedzałaś sama?

Karolina Łukaszewicz: Początkowo miałam jechać z kuzynem, ale mieliśmy nieco inne priorytety standardów podróżowania. Preferujemy inny rodzaj turystyki - on bardziej hotelowy, ja namiotowy. Podróż zaczęłam w Wietnamie w Ha Noi, przejechałam cały ten kraj wzdłuż wybrzeża do Sajgonu, potem wkroczyłam do Kambodży, Tajlandii i na końcu do Laosu. W planowaniu wyprawy pomógł mi znajomy Nepalczyk, który zajmuje się turystyką w Wietnamie. Właściwie plan miałam swój, a on go doszlifował i zatwierdził.

Jakie języki znasz, który z nich przydał ci podczas podróży najbardziej?

Dość dobrze znam język angielski, w tym roku zaczęłam się uczyć hiszpańskiego, a niemiecki odrobinę pamiętam ze szkoły średniej. Ale podczas zwiedzania głównie rozmawiałam po angielsku. W tej części Azji wiele osób zna choć trochę ten język i co najważniejsze nie boi się go używać. Może poziom nie jest za wysoki, ale generalnie każdy potrafi coś powiedzieć, zaczynając od sprzedawczyni na targu czy małego dziecka.

A jeśli nawet nie znają tego języka, to i tak za wszelką cenę chcą się dogadać na migi. Oczy, gesty - każdy może się z nimi porozumieć, chyba dzięki ich pogodności i życzliwości.

Czy to oznacza, że twoim zdaniem łatwiej anglojęzycznemu obcokrajowcowi byłoby porozumieć się w Wietnamie niż Polsce?

Niezupełnie. U nas też sporo osób zna ten język, ale za to jeszcze większa cześć nawet jeśli potrafi coś powiedzieć to i tak nie próbuje się dogadać. Różnica polega na podejściu. W Azji ludzie znając nawet dwa słowa podchodzą i chcą porozmawiać czy pomóc.

Dzięki takiemu nastawieniu mogłam dowiedzieć się niezwykle wiele na temat tamtej kultury. Podczas podróży autobusami (mój podstawowy środek komunikacji, oprócz rikszy i własnych nóg) rozmawiałam z Wietnamskimi kobietami, w Laosie natomiast zostałam zaproszona na wieczorne śpiewanie mantr. Potem już cały wieczór spędziłam na terenie świątyni, zobaczyłam jak żyją na co dzień, a także opowiedziałam o sobie.

Czy mowa ciała i uniwersalne gesty pomagają w komunikacji?

Oj tak, po Azji nie da się podróżować bez rozwiniętej gestykulacji. Najczęściej chyba używany przez nich gestem jest ruch oznaczający zaproszenie na jedzenie czy pytanie czy jest się głodnym. Azjaci udają, że trzymają w ręku pałeczki i podsuwają je do buzi. Często można go zauważyć wśród tzn. naganiaczy z restauracji.

Jeśli jedziemy na wycieczkę i zboczymy nieco z komercyjnych tras turystycznych i odwiedzimy pagody, należy pamiętać o specjalnej etykiecie w nich obowiązującej. O tym, aby nigdy nie podawać żadnemu mnichowi niczego bezpośrednio. Jeżeli chce coś przekazać zakonnikowi trzeba np. położyć to przed nim na ziemi lub na stoliku, jeśli taki jest w pobliżu.

Podróżowanie masz we krwi. Ale czy zawsze wolisz zwiedzać sama?

Nie. To byłam moja pierwsza "samodzielna" podroż za granicę, wcześniej byłam w Danii, Chorwacji, we Włoszech czy na Słowacji, ale były to przede wszystkim wyjazdy rodzinne, więc siłą rzeczy nie rozmawiałam z "tubylcami" tak często jak podczas ostatnich wakacji. I dlatego uznaję je za najlepsze. Dzięki temu, że jadłam to co oni, spałam w podobnych warunkach i przemieszczałam się tymi samymi środkami komunikacji, miałam okazję dobrze poznać ich zwyczaje i trochę lepiej zrozumieć azjatycką kulturę.

Oczywiście z każdą z wypraw wiąże się masa anegdot. Szczególnie zapadło mi w pamięć jedno zabawne zdarzenie z Chorwacji. Szłam z mamą nad morze, droga była dość stroma, nagle słyszmy "polako, polako" odwracamy się zaskoczone, skąd ktoś wie, że jesteśmy z Polski, stoimy i patrzymy o co chodzi. A za nami pan z rozpędzoną taczką biegnie na nas i krzyczy "polako, polako" co po chorwacku znaczy "wolniej, wolniej".

Plany na kolejne podróże?

W te wakacje celem podróży został Kaukaz. Jedziemy z przyjaciółmi samochodem w góry. Następnie wyprawa do Elbrusu. Zakładamy, że starczy również czasu na góry w Rumunii. Może być ciekawie, bo skład będzie międzynarodowy: polsko-niemiecko-angielski. Oby wyprawy zorganizowane przez Land Rover Club Polska, którego jestem członkiem.
A to wszystko stad:
http://serwisy.gazeta.pl/edukacja/1,51808,5302946,Troche_lapa__troche_papa__czyli_o_komunikacji_w_podrozy.html

Nie będę pisała jak doszło do tego wywiadu, napiszę tylko co zostało źle wydrukowane/przekazane/, dodam także, że do nikogo nie mam pretensji, wyszło jak wyszło...J

 

Karolina Łukaszewicz: Początkowo miałam jechać z kuzynem, ale mieliśmy nieco inne priorytety standardów podróżowania. Preferujemy inny rodzaj turystyki - on bardziej hotelowy, ja namiotowy.

Zasadniczy błąd –jak mogę lubić turystykę hotelową /aczkolwiek wole namioty od hoteli/, jak w Azji nie bardzo się da spać w namiocie? Ale pisząc o Azji namiot odpada, ja spałam raczej w bungalowach, czy też przy rodzinach, bądź w hostelach, ale w namiocie nigdy, po pierwsze dlatego, że ciąganie namiotu byłoby bezsensem, bo noclegi w Azji są bardzo tanie /ok. 3-5 dolarów/, po drugie spać w namiocie to sobie mogę u siebie na pomorzu zachodnimJ ,a Azji jak już pisałam wole bungalwy itd., itd...Chodź przyznam, że nie podróżowaliśmy razem bo każdy z nas widział tę podróż inaczej, w innych barwach, każdy miał inny cel, bądź też podróżował bez celu, godziny zgrać się nie mogły, chęci także, dalej wnikać nie będę...

Plany na kolejne podróże?

W te wakacje celem podróży został Kaukaz. Jedziemy z przyjaciółmi samochodem w góry. Następnie wyprawa do Elbrusu. Zakładamy, że starczy również czasu na góry w Rumunii. Może być ciekawie, bo skład będzie międzynarodowy: polsko-niemiecko-angielski. Oby wyprawy zorganizowane przez Land Rover Club Polska, którego jestem członkiem.

 

Kolejny błąd: Kaukaz i Elbrus to ta sama wyprawaJ Chyba, że znajdziemy jakiegoś kochanego sponsora, który fundnie nam na początek Kaukaz, a zaraz potem następną wyprawę na Elbrus ...chociaż i tak nie mamy czasu, bo zaraz po Kaukazie Rumunia.Aczkolwiek czekamy na propozycjeJ

piątek, 08 lutego 2008
Podróż z “głupia frant” czyli moja włóczęga po zakątkach Azji.

Moje pierwsze zderzenie z turystyką “kwalifikowaną”, jak chcą jedni lub “aktywną” jak chcą inni nastąpiło stosunkowo nie tak dawno temu. Gdzieś w okolicach moich 16 urodzin założyłam drużynę starszo-harcerską. Miałam nadzieję, ze da się zrobić kilka fajnych “rzeczy”. Niestety jak się okazało - harcerstwo w dzisiejszych czasach to coś zupełnie innego niż to z opowieści z dawnych lat kiedy to na obozach za całą kuchnie starczył kociołek i menażka, a spało się na własnoręcznie kleconych pryczach. Kiedy to do lasu szło się z kompasem i sucha bułka a nie parami i z opiekunką po parkowych alejkach.

Zamiast “sanepidów” i książek pracy drużyny była po prostu przygoda. Tak więc, w realizacji moich zamierzeń, ciągle na przeszkodzie stawały jakieś regulaminy, kodeksy, zakazy. Tego nie wolno, to nie wskazane, tamto niebezpieczne..., a na wszystko po prostu na dodatek nie było kasy.

Cała ta sytuacja doprowadziła mnie do miejsca w którym postanowiłam szukać innych rozwiązań.

Wiedziałam skądinąd /wszak trudno przegapić stada ubłoconych terenówek i mocno steranych i jeszcze mocniej ubłoconych ludzi/ , że w pobliżu mojej miejscowości działa stowarzyszenie Land Rover Club Poland. Nawiązałam z nimi kontakt i udało się.

W ramach działań stowarzyszenia rozpoczęliśmy współprace “na linii”, stowarzyszenie - drużyna.

Nocne marsze na orientacje, przeprawy przez rzeki i bagna, techniki linowe.

Słowem mogliśmy spróbować wszystkiego czego brakowało mi, jako możliwości w harcerstwie.

Moja przygoda harcersko – Land Rover`owa z czasem przerodziła się w “prace” w stowarzyszeniu. Obecnie aktywnie działam w czasie przygotowań do kolejnych edycji Pomeranii. W czasie samej imprezy sędziuję lub zabezpieczam zadania specjalne lub os-y.

Staram się każda wolną chwilę spędzać w terenie.

Łazimy po bagnach, szukamy zapomnianych przez ludzi miejsc, wędrujemy korytami rzek, rozpinamy mosty linowe, czasami budujemy z bali przeprawy dla samochodów. Słowem na własnej skórze mam okazję wypróbować wszystko to, czego później mogą dokonać uczestnicy Pomeranii.

Myślę, że wsiąkłam i - że tak już to zostanie.

Nie o tym jednak miała być ta opowieść...

 

Wylatując do Wietnamu nie miałam żadnych planów, nie myślałam nawet poważnie o tym, aby wyruszyć gdzieś dalej. Wszystko to stało się tam na miejscu, nawet teraz nie pojmuję jak. W Azji spędziłam 3 miesiące, z czego miesiąc przeznaczyłam na podróż właśnie przez Wietnam, Kambodże, Tajlandie i Laos.

Większą cześć podróży przebyłam sama, tylko pierwsze przez kilka dni towarzyszył mi kuzyn. Przez całą trasę poruszałam się autobusami, co zresztą na początku przysparzało dużo nerwów, a potem już tylko śmiechu... Spóźnienie autobusu o godzinę, potem jeszcze układanie bagaży pomiędzy siedzeniami, czy przywiązywanie na dachu no i naprawianie klimatyzacji. Nawet największy nerwus nabawi się tam stoickiego spokoju. Bowiem tak właśnie podchodzą do życia azjaci, bez stresowo, bez pośpiechu i ciesząc się teraźniejszością. Dlatego celowo w podroży towarzyszyła mi książka “ Czyste radości mojego życia..” -pozwalająca mi zrozumieć istotę czerpania radości życia ze zwykłych czynności, spokoju, szanowania powolności upływu czasu i tego co nas otacza.

Pamiętnik z mojej podróży jest “gruby”, stanowczo za gruby by choć w części go tu przytaczać. Trudno dokonać wyboru gdy wszystko miało swój smak.

Za dwadzieścia lat będziesz bardziej żałowała tego, czego nie zrobiłaś, niż tego co zrobiłaś...

...powtarzałam nieustannie w myślach ubierając kombinezon. Pierwsze moje zderzenie z nurkowaniem było co najmniej dziwne, padał deszcz, wiał wiatr, co na to na porę roku w Wietnamie jest mało spotykane, a instruktor ledwo co znał angielski -z francuskiego tłumaczyły mi zapoznane Szwedki. Butla była ciężka, w płetwach czułam się jak żaba, a zanim znalazłam się w wodzie maska już zaparowała...

Krok w przód i jesteś w wodzie, nie machasz rękami, a nie toniesz, starasz się oddychać spokojnie ale to prawie nie możliwe, dopiero po kilku chwilach człowiek zaczyna rozumieć o co w tym wszystkim chodzi.

W morskie głębiny schodzisz z przewodnikiem, nie raz ciągnie cię za rękę, aby coś pokazać , drugi raz dostajesz po łapach gdy chcesz coś dotknąć. Falujące rafy, kolorowe rybki i ogromne muszle...Nha Trang to prawdopodobnie jedno z lepszych miejsc do nurkowania w Wietnamie, przynajmniej tak utrzymują tubylcy co może oznaczać: świętą prawdę jak i może być “normalnym” chwytem marketingowym.

Widząc takie widoki, człowiek szybko zapomina o wcześniejszym strachu, o przeszkadzającym ciśnieniu, a kiedy mija godzina i zaczyna brakować powietrza, żałuje, że już koniec.

 

 

 

Śpię w kambodżańskim bungalowie, o 4 budzi mnie śpiew mnichów, jakby wiedzieli, że ja też już muszę wstawać , ruszać i odkrywać ...Angkor Wat.

Wilgotny las, żar słońca, parne powietrze i ruiny pamiętające dawnych przodków. Wrastająca dżungla, wciskająca się w każdy zakamarek, opasająca dawna historię, jakby chciała ukryć przed nami jakąś tajemnicę...wszechobecna magiczna aura.

Codzienna pobudka o 4 rano, kilka litrów wody i w drogę, aby móc zobaczyć wschód słońca w otoczeniu enigmatycznych świątyń. Kilometr za kilometrem, poranna mgła budziła, południowe słońce usypiało, chęć odkrycia przewyższała wszystko.

Jadę szeroka drogą po prawej i lewej parujący las, do pierwszej ze świątyń 10 km.

Słychać tylko odgłosy lasu i szum opon pokonujących dalsze kilometry. Co raz przy drodze siedzi kobieta, najczęściej z dzieckiem w koszyku, chcąc zarobić sprzedaje owoce i wodę. Co raz mijają mnie turyści w tuk-tukach /riksza z motorkiem/, oni zobaczą tylko to co będzie chciał im pokazać przewodnik, myślę sobie. Ja zobaczę to na co sama będę miała ochotę no i na ile będę miała sił. Pedałuje, kilometry mijają wolno, pot leci szybko, tak jak i woda znika.

Nie pamiętam już dokładnie które świątynie odwiedziłam, w tym momencie jest mało istotne, ale nadal pamiętam zdumienie i podziw w momencie gdy na horyzoncie pojawiała się nowa budowla... na jej szczyt prowadziły popękane, prawie już skośne schody, wdrapać się na gore nie było łatwo, już wiem czemu tutaj nie ma “hotelowych” turystów pomyślałam. W małym pomieszczeniu na ścianach widniały kamienne rzeźby bóstw, stały kadzidła, wokół panowała głucha cisza.

Chcąc dojechać do następnych świątyń, mijałam wiele wiosek, kobiety w nich układały dachy z liści, gotowały, dzieci pilnowały bydła, a gdy pojawił się jakiś turysta namawiały do kupna szali, zabawek, czy coca-coli.

Ludzie często machali, uśmiechali się, mimo, że podróżowałam sama tak naprawdę nigdy nie czułam się samotna.

 

W szponach cywilizacji... Bangkok

Bangkok -miasto, które na noc przemienia się w jedną wielką imprezę - ulice rozrywki i rozpusty- pełne barów, restauracji i stoisk z souvenirami. Kupisz tam zupełnie wszystko, od półmetrowej zapalniczki do kopii bluzek Armaniego. Tubylców nie dziwi, lalka - upiór skapana krwią w sklepie dla dzieci, nie przeszkadzają ludzie śpiący na ulicy.

Wieczorem ujrzysz kobiety w brokacie, poobwieszane biżuteria i w butach na obcasach, a jeżeli czasem doznasz wrażenia, że to mężczyzna, wierz mi, że się nie mylisz.

Po długiej balangowej nocy, nastaje dzień, na ulicach kłębią się spaliny, promienie słońca odbijają się w ogromnych szybach wieżowców...szkoda, że nic pozytywnego nie mogę napisać o Bangkoku...oby jak najszybciej do Laosu.

 

W świątyni mnichów...

Stroma, kręcona droga, wzdłuż niej rozsiane domy z pali, przed nimi, kobiety robiące pranie, sprzedające warzywa, bawiące się dzieci. Ponadto buddyjscy mnisi ...ciągle jeszcze “dziki“ i nieznany Laos.

... szłam wolno długim targiem, kobiety handlowały owocami, herbatami, porozwieszanym na drutach mięsem, zaczepiały, wołały -przyśpieszyłam, nie dlatego, że nie chciałam nic kupić, ale dlatego, że usłyszałam dźwięk, który mnie nawoływał. Dochodził z pagody, mijałam ją codziennie, nigdy jednak nie byłam w środku, pewnie dlatego, że widziałam ich wiele, po prostu miałam dosyć. Stanęłam przy wejściu, mnisi w szafranowych szatach, uderzali w wielki drewniany bęben zawieszony w małym pomieszczeniu. Echo dźwięku rozchodziło się na całą okolice, stałam wmurowana i nie chciałabym aby ten dźwięk kiedykolwiek dobiegł końca. To co dla innych było normalnością mnie urzekło do granic.

Zapadła cisza, mnisi wyszli, ku moim zdziwieniu kilku skierowało się w moją stronę. Rozmowa trwała krótko, śpieszyli się na wieczorne śpiewanie mantr, zostałam zaproszona.

Przy wejściu do świątyni zdjęłam buty, usiadłam z tyłu z nogami skierowanymi do drzwi, tak nakazują zasady.

Czas sunął w miękkiej ciszy, do momentu kiedy do świątyni wszedł ostatni, wtedy rozbrzmiał śpiew. Donośne głosy , kadzidła, złoty posąg buddy przystrojony migającymi lampkami i obstawiony darami, mnisi w pomarańczowych szatach co raz kłaniający się swojemu bóstwu, wszystko napajało tajemnicą i egzotyką. Znów powróciło uczucie chęci pozostania tu na dłużej.

Potem już cały wieczór spędziłam na terenie świątyni, zobaczyłam jak żyją na co dzień, a także opowiedziałam o sobie.

Rano podczas codziennej procesji mnichów po dary, a dokładnie garstkę ryżu, próbowałam uchwycić swoich znajomych, było to prawie nie możliwe, te same szaty, zgolone głowy i wzrok wpatrzony w miskę...

 

Wspomnienia tej podróży powracają bardzo często, mam nadzieję jeszcze kiedyś odwiedzić ten “kawałek” Azji.

Nie będzie to na pewno w 2008, ten rok rezerwuje na wyprawę z LRC PL w lipcu na Kaukaz do “stóp” Elbrusu, oraz w sierpniu na włóczęgę po górach Rumunii w mieszanym polsko, niemiecko, angielskim towarzystwie.

 

Karolina Łukaszewicz

Więcej o moich podróżach: www.peregrynacje.blox.pl

Więcej o LRC PL na: www.njz.pl

 

eioba