Karolina Lukaszewicz

Utwórz swoją wizytówkę
czwartek, 23 czerwca 2011
Obrazy z Kosowa.

Moje zdjęcia z Kosowa.Kwiecień 2011.

Tagi: kosowo
15:49, karolinajoanna88 , Bałkany
Link Komentarze (4) »
niedziela, 09 stycznia 2011
Novi Sad w zimowej odsłonie...

 

 

 

 

 

 

więcej tutaj

 

20:35, karolinajoanna88 , Bałkany
Link Komentarze (2) »
środa, 22 grudnia 2010
W ślady tureckiej przeszłości ...

Do Skopje przyjechałam z Tirany- busem. Podróż zajęła całą noc, na szczęście furgon był prawie pusty ..ze mną jechało tylko 5 Albańczyków. 5 kontroli policji i kilku godzinny postój- bo coś sie popsuło, no i przerwy na kawe, to już tradycja. Takim sposobem w Skopje wylądowałam po 6 rano, na szczęście o 6, a nie o 3, bo szanowny albański kierowca wysadził mnie, ładnie mówiąc nie w centrum miasta.

Tutaj w Skopje poczułam, że jadę na północ, rześkie powietrze przemieszczało się po bezludnych jeszcze ulicach, podwórkach, straganach i owijało się wokół minaretu, tak meczety były znakiem rozpoznawczym Skopje. Widać je było od samych przedmieści.   “ W Skopju, stolicy Macedonii tureckie minarety wystrzelały w niebo ponad srebrnymi kopułami meczetów I gąszczem bazarowych kramów, podkreślając odludny I płaski krajobraz, której nic nie chroniła przed wiatrem przypominającym powiew azjatyckiego chaosu.”*

 

Wchodzę do pierwszego, który mam po drodze. Wysoka żelazna brama jest tylko lekko uchylona, spokój, cisza, tylko malutki mizar-cmentarz muzułmański i uschnięte już czerwone róże. Przy dużej studni do wudu, czyli ablucji poprzedzającej modlitwę, kilka par butów i mydła w plastikowych pojemniczkach. Ale wody w studni nie ma, czyżby dlatego, że meczet jest zamknięty? Ale obok małej budki z dywanami modlitewnymi, jest jakiś rower, więc może jednak ktoś tutaj jest...przecież za zamkniętą bramą do meczetu, w pomieszczeniu przed salą modlitewną jest jedna para butów. Pozostawiona, zapomniana, czy ktoś jednak jest w środku? Wygania mnie stąd cisza i wspomnienie przymkniętej w pół bramy... cisza, żadnych adhan'ów-żadnych Allahu akbar , żadnych kobiet w chustach, żadnych żebraków...

 

 

Słońce już wstawało, różowo-pomarańczowe niebo było pięknym tłem dla minaretów i wysokich kominów. Na półkolistej bramie, którą wchodziło sie na stary bazar, było napisane, że obiekt ten jest monitorowany. O 7.30 prawie nikogo tu nie było, przede mną szedł tylko azjatycki turysta z aparatem i czasem przystawał robić zdjęcia. Zupełnie jak ja. Uliczki były wąskie, a witryny malutkich sklepików kolorowe, zasłane butami, biżuterią i innymi pstrokatymi pierdołami. Na znakach informacyjnych były strzałki prowadzące do “Muzeu i Macedonise”, “Art Bazar” i więcej, poszłam prosto.. na wozach przy witrynach, leżały pudelka po butach. Zwyczajnie na tym wszystkim górował kolejny minaret meczetu, przy którym kolejny raz można było spojrzeć na ślady tureckiej przeszłości. Starsi panowie w białych jarmułkach gawędzili na ławeczce, inni czekali ze swoimi pastami, szczotkami, szczoteczkami, polerkami na klientów, którzy zechcą mieć czyste i lśniące buty. Wyglądali dokładnie tak jak jeden z pomników na skopjewskim skwerze.Przy cerkwi Sant Dimitrija pani zdecydowała się na wyczyszczenie swoich obcasów. W utrzymaniu równowagi pomagał jej towarzysz.

Żegnam Carsjie i przechodzę kamiennym mostem na plac Macedoński. Wiatr wieje w oczy, a kamienny most bardziej przypomina o trzęsieniu ziemi z 1963 roku, niż o swojej wiekowej historii. Piętnastowieczny most trzęsienie przetrwał, ale ponad 1000 ludzi i 75% zabudowań miasta już nie. Pode mną płynęła rzeka Wardar, której źródło znajduje się w Górach Dynarskich, rzeka przecina cały kraj, tak jak kamienny most odcina “stare” Skopje od “nowego”. W tym ”nowym” ostatnio dużo się dzieje, premier buduje pomnik za pomnikiem. Jak się dowiedziałam ku nie zawsze zadowoleniu obywateli. To prawda, pomników tutaj chyba więcej niż meczetów, święci, krasnal, pan czyszczący buty...i oczywiście albański bohater Skanderberg z albańską flagą.

Poranek w Skopje.


Pan od czyszczenia butów.

 

Stary bazar.

Macedonia to tylko 2 mln mieszkańców, ale pod względem narodowościowym jest bardzo niejednolita, co stwarza wiele problemów. Słyszę “ Na Albańczyków złego słowa nie można powiedzieć, bo to łamanie praw” opowiada mi wolontariuszka ze Skopje, którą spotykam w Belgradzie. A Aleksander Macedoński przewraca się w grobie...

*"Bałkańskie upiory.Podróż przez historię" Robert D. Kaplan, Wyd.Czarne 2010, s. 105

więcej zdjęć ze Skopje tutaj

Tagi: Skopje
15:31, karolinajoanna88 , Bałkany
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 grudnia 2010
Państwo czy półpaństwo?

W latach 80 tych nie tylko alarmy Roberta D.Kaplan'a zostały zignorowane. Wielu przypuszczało, że na Bałkanach zawrze, że  Jugosławii grozi rozpad. Wielu nie posłuchało, nie zareagowało.

Buchnęło, trzasnęło, ginęli bezbronni ludzie, przybywali żołnierze ONZ, a w efekcie z upływem czasu niepodległość ogłaszały kolejne państwa- w 1991 roku- Chorwacja, Słowenia i Macedonia, w 1992 Bośnia i Hercegowina, w efekcie powstała jeszcze Serbia i Czarnogóra. Rok 2008 .17 lutego odłączyło sie od Serbii Kosowo. Serbia niepodległości Kosowa nie uznała. Słychać o tym nie tylko w teoretycznych serwisach informacyjnych, słychać o tym już od granicy Serbskiej, kończąc po turystyczny folder w języku angielskim...

W pociągu ze Skopje do Belgradu przekraczanie granicy trwało bardzo długo, nie tylko dlatego, że w pociągu nie było światła podczas postoju... najpierw druczki wjazdu, później dokładne sprawdzanie paszportu...w poszukiwaniu Kosowskiej pieczątki. U mnie na szczęście jej nie było .

A jakby była? Zdania są podzielone, na pewno wydłużenie odprawy paszportowej, na pewno pytania i uwagi, czasem tylko pieczątka anulująca pieczątkę kosowską, a przy niej nową- serbską. Słyszałam, też opinie, że z kosowską pieczątką nie da sie wjechać do Serbii. Nie chciałabym sprawdzać.

"Belgrade in your pocket"* ten darmowy przewodnik dostaniesz w każdej informacji turystycznej, restauracje, atrakcje, życie nocne i mapy, np. Serbii, tylko,  że na tej mapie zamiast kosowskiego sąsiada, jest ten albański, tutaj Kosowo nadal jest częścią Serbii. Czy znów zawrze??

 

*

 

Państwo czy półpaństwo?

 

Zapraszam do posluchania wywiadu z Andrzejem Muszynskim nt. Kosowa tutaj

 

*  In your pocket- darmowe kilkustronnicowe przewodniki, które dostaniesz za darmo w tourist info lub możesz wydrukować stąd . Uwaga także dostepne polskie miasta.

* mapa pobrana stad

21:23, karolinajoanna88 , Bałkany
Link Komentarze (2) »
niedziela, 19 grudnia 2010
Rachatłukum czyli ukojenie gardla??

Przyznam szczerze, ze słodycz ten leży nadal u mnie w lodowce, choć do Polski przyjechałam już tydzień temu.Nie zasmakował ani rodzinie, ani znajomym, nie pomogła nawet zachęcająca nazwa "ukojenie gardła"... cóż ludność Bliskiego Wschodu nie byłaby zadowolona na ta wiadomość.

Mały sklepik na Bohemian Street- ulicy na której dawniej przesiadywali artyści jak chorwacki poeta Tin Ujević, ukryty był prawie, ze w podziemiach, starsza kobieta sprzedawała, a młoda przede mną wzięła kilka kolorowych kwadracików osypanych cukrem pudrem.

Bohemian Street.

Przecież to Rachatłukum pomyślałam! Jak można nie kupić słodyczy, które jadane są na tych terenach od XV wieku? Ze szklanego słoja starsza kobieta wyciągała kostki i przekładała do papierowego worka, za 100gram zaplacilam tylko 100 denarów...

Kostki oprószone cukrem pudrem wytwarzane są ze skrobi lub maki pszennej, czasem dodawane są bakalie, wiórki kokosowe, czy polewane są woda różana.

Oczywiście znaleźć słodycz ten można w rożnych krajach pod rożna nazwa np. w Albanii należy szukać  "llokum", w Rumunii  należy rozglądać się za "rahat", a w Macedonii należy pytać  o "локум" czyli również "lokum"...już wiadomo czemu pytać:)

Rachatłukum.

Jezeli chcecie przyzadzic sobie  na swieta slodki deser rodem z Turcji to podaje przepis ze strony MojeGotowanie.pl

Składniki

  • 45 dag cukru
  • 1 i 1/4 szklanki wody
  • 1 duża łyżka aromatu cytrynowego
  • 8 łyżek mąki ziemniaczanej
  • około 4 łyżek zimnej wody
  • olej
  • cukier puder

Etapy przygotowania

  1. Wymieszać cukier z 1 i 1/4 szklanki wody i mieszając podgrzewać do zagotowania. Gotować około 20 minut na średnim ogniu, aż powstanie gęsty syrop . Zdjąć z ognia.
  2. Aromat wymieszać z 4 łyżkami wody i mąką ziemniaczaną.
  3. Mieszając wlewać do syropu mąkę z aromatem. Mieszać przez minutę, aż powstanie przezroczysta, gęsta  masa
  4. Wlać do formy wysmarowanej olejem i pozostawić na noc w chłodnym miejscu.
  5. Pokroić w kostkę i obtoczyć w cukrze pudrze.
23:26, karolinajoanna88 , Bałkany
Link Komentarze (6) »
niedziela, 17 października 2010
Bałkany i bałkańskie requiem

„Bałkany, czyli po turecku „góry”, rozciągają się od Dunaju po Dardanele, od Istrii do Stambułu i użyczają swej nazwy grupie małych krajów, do której zaliczają się Węgry, Rumunia, Jugosławia, Albania, Bułgaria, Grecja i częściowo Turcja. Chociaż ani Węgrzy, ani Grecy nie życzą sobie, by określać ich tych samym mianem. Jest to, a raczej była wesoła kraina, zamieszkana przez dziarski lud, który lubuje się w ostrych potrawach, mocnych wódkach i krzykliwych strojach. Tubylcy z jednaką łatwością kochają się i zabijają, i mają nadzwyczajny talent do wszczynania wojen. Ludzie Zachodu, z natury bardziej przyziemni, patrzą na nich ze skrywaną zazdrością, kpią z ich monarchów, szydzą z ich aspiracji i boją się pochodzących stamtąd terrorystów. Karol Mark nazwał ich „etnicznym śmietnikiem”.

Ja, wolny jak ptak dwudziestopięciolatek, miałem dla nich nabożny podziw. "*

Bałkańskie requiem

 

 

*C.L.SULZBERGER, „A Long Row of Candles” - amerykański korespondent "New York Times",

więcej o Bałkanach w „Bałkańskie upiory. Podróż przez historię” Robert D.Kaplan i w książkach Stasiuka m.in. „Jadąc do Babadag”, „Opowieści galicyjskie”

Tagi: bałkany
12:44, karolinajoanna88 , Bałkany
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 września 2010
Ramazanski Bajram w Bascarsiji miał miejsce 9 września 2010r.

Mężczyźni w garniturach, kobiety elegancko ubrane, nie które w czadorach, inne tylko w chustach na głowie, te mają często oczy podkreślone ciemna kredką- wyglądają wtedy mistycznie i tajemniczo .Białko oka odbija się od ciemnej cery i chusty. Mali chłopcy odświętnie wystrajeni, dziewczynki także. Bascarsija zaczyna żyć w Bajram- dzień uczczenia zakończenia Ramadanu. Tego dnia zaczyna się wolność, która kończy się z dniem rozpoczęcia kolejnego Ramadanu, czyli 1 sierpnia 2011r.

W ten dzień i noc robi się wszystko czego nie można było przez ostatni miesiąc. Uliczne orkiestry wędrują od baru do baru i za kilka bośniackich marek grają żywe melodie, które czasem przypominają nie zgraną orkiestrę składająca się z kilku trąbek i bębna. Rodziny i przyjaciele spotykają się w mieście, siedzą w restauracji, kawiarni, tańczą, pala fajkę wodną, a czasem tylko rozmawiają przy bośniackiej kawie w dżezwie.

 

Dżezwy.

Nie chcę powiedzieć fanatycy, bo chyba w tych czasach to mocne słowo, ale utwierdzeni w swojej wierze, w Bajram odwiedzają meczety, składają na bramach przy wejściu jałmużnę, siedzą na schodach meczetu, modlą się, robią sobie pamiątkowe fotografie. Czasem są tacy zaaferowani i zagadani, ze nie zauważają co robi ich dziecko, a on wkłada głowę pomiędzy kraty. W podzięce za to, że zaczepiam muzułmańska mamę i pokazuje co robi jej dziecko, mogę zrobić mu zdjęcie. Wszystkie inne zdjęcia robię z ukrycia, nawet nie podnosząc aparatu, tylko pstrykając na opak- po to kobiety przestrzegają hidżabu ( muzułmańskich zasad ubierania się), aby być spostrzegane jako skromne i nie kuszące- nie po to aby wszyscy oscentacyjnie latali za nimi z aparatami i kamerami ... robili im sesje zdjęciowe.

 

Wejście do meczetu.

Dziecko przy meczecie.

Meczet Gazi Husrev-bega mieści się na starym mieście Bascarsiji. Uważany za jeden z najlepszych obiektów architektury muzułmańskiej, minaret o wysokości 45m widać z daleka i często jest punktem orientacyjnym, dla zagubionych turystów w krętych uliczkach Bascarsiji- także w nocy, bowiem jest podświetlany. Śpiew muezina nawołującego pięć razy dziennie do modlitwy z tak wysokiego minaretu słychać z oddali....Allahu akbar...Allah jest wielki...

 

Meczet Gazi Husrev-bega.

Muzułmańskie flagi powiewają w wielu miejscach, także na dwóch mauzoleach znajdujących się na terenie meczetu- jedno z nich to mauzoleum Gazi-husev berga, drugie to jego współpracownika, który z chrześcijaństwa przeszedł na islam.

Każdy kto spojrzy przez bramę prowadząca do meczetu, ujrzy sahn czyli dziedziniec ze studnią. Sedrvan to studnia w meczecie Gazi Husrev-bega, w której przed wejściem do swiątyni wierni dokonują ablucji. Także w troskę o zachowanie czystości przed wejściem wierni ściągają buty, w "If al fitr" czyli Bajram, butów przed meczetem jest wiele. Zapewne nie jeden wyznawca wychodzi wtedy nie w swoich butach.

 

W Sarajewie powstał jeden z pierwszych wodociągów miejskich- studnia Sebilj  w Bascarsiji jest jego pozostałością.

Bascarsija położona jest w dolinie, wzgórza ją otaczające są pokryte mahalami czyli domkami i ogrodami pnącymi się po zboczach, w nocy gdy palą się w nich światła wygląda to tak jakbyśmy byli otoczeni tysiącami latarni. W Bascarsji można kupić wszystko od tkanin sprowadzanych z Persji, po indyjskie torebki, prażoną i grillowaną kukurydzę, czy byrek- ala francuski placek wypełniony mięsem lub serem, nie zapominając o covaci, czyli prostokątnych bośniackich kiełbaskach -popularnych pod różnymi nazwami na Bałkanach – w Rumunii- miczi, w Albanii qofte. Tak było zawsze, Bascarsija w dawnych czasach była bazarem, który dostępny był tylko za dnia, nocą pilnowali go strażnicy. Pobierający oni duże opłaty za opiekę nad dobytkiem w momencie gdy właściciel zapomniał zamknąć swoje kramu, lub zgasić latarni.

 Więcej zdjęć z Sarajeva tutaj

 

poniedziałek, 13 września 2010
Piękna lecz stroma, samotna droga przez Bałkany.

Z misji wychodzę za piętnaście piąta rano, dla niektórych w nocy...ulice są puste i ciemne. Strażnik przy wyjściu trochę się dziwi, ale mówię mu, że jadę do Sarajewa. Może rozumie, może nie.

„Taxi Durres”, „taxi Kruja” słyszę w momencie gdy mijam róg ulicy Don Bosko, przy której jest misja. „No thanks, I'm going to Shkoder by furgon”.

Płacę 400 lek, odpowiadam na pytanie skąd jestem i siadam z tyłu w ostatnim rzędzie minibusa, aby widzieć bagaże.Po kilkunastu minutach bus jest pełny można ruszyć w drogę. Nocą na albańskich drogach chyba jest spokojniej, mniejszy ruch i  nawet klaksonów nie słychać- chyba, że jestem tak zaspana, że nie słyszę.

Ktoś zaczyna do mnie mówić, jak masz na imię, ile masz, lat, skąd jesteś, co tu robisz, lubisz Albanię, odpowiadam standardowo i tylko z grzeczności, bo trudno mieć ochotę na rozmowę o tak wczesnej godzinie. Dori młody Albańczyk, którego marzeniem jest praca we Włoszech, jak się później okazuje jest bardzo pomocny. Przez całe 2h szuka mi busa do Czarnogóry, bo według miejscowych jeżdżą tam tylko taksówki ( no fajnie, ale za taksówki UE nie płaci). Po długim krążeniu po mieście i zaczepianiu wszystkich „kompetentnych” znajdujemy busa, który odjeżdża o 9.00 do Ulncija i jest to jedyny bus na dzień dzisiejszy. „To nie jest Twój problem, to mój kraj i moje okolice, to moje zadanie znaleźć Ci transport” słyszę w momencie, gdy po godzinie szukania transportu proponuję Dori'emu, żeby się mną nie przejmował, że dam sobie radę. W tym momencie zastanawiam się czy ktokolwiek w Polsce by tak bezinteresownie pomógł, zmęczony po podróży, o wczesnej godzinie oraz mając plany na swój dzień.

„Najgorsze za mną” mówię sobie gdy wsiadam do autokaru do Ulcinja. Droga mija szybko, z wyglądu komunistycznym mostem przekraczamy rzekę Bunę, zaraz po niej, ostatnie spojrzenie na ruiny zamku Rozafy, zaczynają się widoki na Przeklęte góry, nie to żeby mnie tam coś złego spotkało, po prostu taką mają nazwę „Proketije”. Biały meczet z 2 razy wyższą wieżą niż budynek widać z daleka, nie mam pojęcia po co stoi na pustkowiu przy drodze, nie on jeden zresztą. Autobus mknie na zakrętach, za oknem zalane słońcem góry, meczety, meczety, góry, czasem jakiś osiołek skubiący trawkę czy stado owiec. Białe domy z pomarańczową dachówką widać z daleka, zwłaszcza te położone wysoko w górze od zielonych lasów odbijają się znacznie. Na granicy ląduje kolejna pieczątka do paszportu „Crna Gora”, oprócz różnicy takiej, że znajdujemy się w innym kraju, na pierwszy rzut oka można zauważyć, ze ruch uliczny jest o wiele, wiele spokojniejszy, co zaskakujące albański kierowca dostosowuje się do tutejszych przepisów.

Przypomina mi się ciągle zachwalanie tego kraju przez Monike- koleżankę ze studiów- „och Montenegro to, Monetnegro tamto „:) Przypomina mi się nazwa wycieczki organizowanej przez biuro podróży w którym mialam praktyki „Kraj gdzie góry schodzą do morza”. Wszystko się zgadzam ochy i achy jak najbardziej uzasadnione, sama siedzę z nosem przyklejonym do szyby, nie raz uderzając obiektywem o nią, bo zapominam że ta szyba istnieje i dalej obiektywu wysunąć nie mogę. Po prawej góry porośnięte zielenią, po lewej błękitne morze ze skalną wyspą. Lekko kręta droga często prowadzi przez tunele wyryte w skale.

Na swojej drodze przez Czarnogóre mam przesiadki w Ulncij, Bar i Podgoricy, później już tylko Sarajewo.

W momencie gdy stałam przed tablica rozkładów jazdy na dworcu w Sarajewie, zastanawiałam się czy to szczęście czy nie szczęście spóźnić się 20 min na bus do Sarajeva. Nastepny za 7h czyli o 21.40, co gwarantuje mi dostanie się do Sarajewa o 3.30.w nocy. Jest czas na zwiedzanie stolicy. Kupuje mapę i kolejny raz pluje sobie w twarz, ze już kolejny raz nie kupiłam przewodnika, co wychodzi znacznie taniej. Doznaję szoku w momencie gdy wiedzę, że ulice na mapie są pisanie alfabetem łacińskim, a na tabliczkach na ulicy cyrylicą. Z wyprawy po Kaukazie, która miała miejsce 2 lata temu nie pamiętam nic, tak ze mną jest, ze jak jeżdżę z kimś, to mało co poznaję i pamiętam, Tu na szczęście jestem sama. Wiem egoistka ze mnie. Długo nie muszę błądzić i gapić się w mapę, bo zaraz podjeżdrza młoda dziewczyna z chłopakiem i pomagają mi się dostać do centrum. Pierwsze co słyszę „Mamy piękne centrum, na pewno będzie Ci się podobać”.

Tablica upamiętniajaca Titigrad.

Po 7 h włóczenia się po centrum, parkach, od mostu do mostu wzdłuż brudnej rzeki stwierdzam, że nie było minuty aby te miasto mi się podobało, ale o gustach się nie dyskutuje. Znudzenie, zmęczenie potęguje nie miła sytuacja. Gdy chce wymienić euro ( którymi płaci się w Czarnogórze, mimo że nie jest w EU) na marki bośniackie aby mieć w nocy na taxi, pani w okienku jak najęta powtarza „sto euro” , „sto euro”. Babo, myślę sobie chcę tylko na taxi, nie chce 100 euro, mam jeszcze długą drogę, tygodniowy pobyt w Sarajewie i powrót. Nawet namowy, że zapłacę wysoką prowizje nic nie pomagają. Wkurzona wychodzę z banku, mijam cygańskie wymalowane dzieci i idę na ławkę napisać sms'a do kogokolwiek. Kolejne "szczęście", okazuje się, że mój albański numer nie ma włączonego roamingu, no tak w pl mam włączony zawsze... zresztą nie będe komentować swoich błędów i głupoty. Zmieniam kartę na polską, na oczywiście nie mam nic na koncie, dostaje na nią smsa od Norberta i wpadam w śmiech....oczywiście mama musiała się pochwalić, że są mi potrzebnene obcasy, co nie jest faktem naturalnym na pomorzu-zachodnim, wyprawach z njz.pl itd., że ja noszę obcasy powiedziałabym chyba jest to dla wszystkichch zaskoczeniem.

Jeden sms stawia mnie znów na nogi. Idę powoli na stację, nie szukam kolejnych banków, co będzie to będzie.

Wchodzę na dworzec i znów słyszę taxi, taxi, chyba im odbiło wchodzę na dworzec, a oni wołają do mnie taxi. Haha... czytam „Bałkańskie upiory”, które w tym momencie już po 13h podróży chyba nie są najlepsza lekturą, piszę pamietnik. Znów ktoś zaczyna do mnie gadać: "what are you doing?"- I 'm writing a diary i pisze dalej. Skad jesteś, co tu robisz, jak masz na imię, odkładam pamiętnik i zaczynam spokojnie odpowiadać, przez myśl przelatuje mi pytanie mamy” często zaczepiają? - nie nie często, zastanawiam się czy to była dobra odpowiedź”- nie wiem, która to zaczepka w dniu dzisiejszym. Celnik z Baru- nie speluny,a takiej miejscowości w Czarnogórze, w której dziś miałam zaszczyt mieć przesiadkę, informuje mnie że w Sarajewie spokojnie zapłacę euro. Uff zawsze mi spadnie jakiś anioł z nieba.

O 21. 20 pytam Pana w info gdzie jest autokar, „spóźni się o 20 min” odpowiada. Okey. Za 3 minuty Pan leci po mnie, chodź, chodź autokar już jest, odjedrza z innej platformy. Dostaję kolejnego ataku śmiechu chyba z bezradności albo ze zmęczenia.

Około 3.15 budzę się autokar stoi, pytam pana obok Sarajewo? Da, da słyszę;) Kolejny fart, wybiegam z bagażami i widzę taxi. Krótka rozmowa na migi z Panem, Hotel Hollywood, Ilidza, 5 euro. Wszystko okey, ale czemu Pan dalej stoi i rozmawia z innymi? Hejjj jestem zmęczona, gadam po polsku, kurde... chce do hotelu!! przyjeżdża kolejna taxówka, znów gadają i gadają, dobra mam już wylane, siadam na krawężniku i czekam. Kilka minut no i wszyscy gotowi można jechać. O 4.00, po 23h w podroży ląduje w 4 gwiazdkowym hotelu na koszt Unii Europejskiej:)

 Więcej zdjęć z Czrnogóry i Sarajeva tutaj